Za oknem. Z dziećmi w podróży

Kilka razy w roku ruszamy w podróż, którą jak na nasze warunki śmiało można nazwać podróżą przez duże P. Jedziemy na północny wschód, 500 km do dziadków, przez polskie drogi i remonty polskich dróg. Niedawno po raz pierwszy pokonaliśmy ją z synem, który przez większość trasy nadspodziewanie dzielnie drzemał w foteliku.

Syn przypomniał mi pierwsze podróże z Córką, gdy podekscytowana opowiadałam koleżankom z większym macierzyńskim stażem o trudach naszych wypraw. No tak,daleko, mówiły mi. Ale poczekaj, gdy będzie miało kilka lat i co chwila będzie pytało, czy daleko jeszcze. Doczekałam się. Miały rację, podróż z nieśpiącym po drodze kilkulatkiem to nie lada ćwiczenie z cierpliwości.

Że dzieci w podróży się nudzą, to banał nad banały. Nudzą się. Pewnie i mnie w wieku paru lat nużyłyby dalekie podróże, gdyby nie fakt, że nie były tak częste i zawsze niosły w sobie obietnicę przygody. Gdzieś u celu czekały mnie niesamowite wakacje lub odwiedzana z dziadkami i/lub rodzicami Warszawa, a wraz z nią perspektywa wyprawy tramwajem (!) lub ruchomymi schodami na dworcu centralnym (!). Co to teraz za atrakcja, przyznacie sami, żadna – tramwajami poruszamy się po mieście, w którym mieszkamy dość regularnie, schody ruchome są częścią każdego większego sklepu i nie trzeba do tego specjalnie dalekiej eskapady.

Gdy zostałam mamą, monotonia podróży zyskała nowe oblicze. Bo wcześniej, przyznam, jakoś mi nie przeszkadzała. Jako pasażerka zawsze mogłam było zatopić się w lekturze, porozmawiać, pośledzić krajobraz za oknem. Jako mama zamieniłam się w kaowca, z torbą pełną książeczek (to w samochodzie), kolorowanek i plastelinek (to w pociągu), byle tylko umilić dziecku dłużący się czas.

Każda z naszych dalekich podróży poprzedzona była dotąd rozmową z mężem o nowych technologiach. Że może warto zainwestować w coś więcej niż gry w naszych komórkach, z których zresztą Córka korzysta sporadycznie najczęściej właśnie w drodze. Że może tablet, którego nie mamy, a może telewizor samochodowy pomógłby jej nudzić się mniej. Do zakupu nigdy jednak nie doszło. Dopiero zupełnie niedawno, po części za sprawą lektury Richarda Louva (Ostatnie dziecko lasu), a po części za sprawą narastającego sceptycyzmu wobec nadużywania nowych technologii przez dzieci przemyślałam sobie dogłębnie ten temat.

Louv zwraca uwagę, że jeszcze kilka-kilkanaście lat wstecz dalekie podróże były formą kontaktu z przyrodą. Ułomną, ale jednak. Podróżujące dzieci nie miały wyjścia i musiały w pewnych momentach skupić się na przyrodzie za oknem. Podróż była dla nich formą medytacji nad z wolna zmieniającym się krajobrazem do momentu, w którym wyposażeni w coraz bardziej mobilne urządzenia pozwoliliśmy dzieciom utracić ten kontakt. Louv nie jest odosobniony w poglądzie, że wiele dobrego z tego nie wynikło, bo i faktycznie, doprowadziło to do punktu, że świat za oknem jest mniej ciekawy niż wyimaginowane postaci z gier czy kreskówek, rozmowa ze współpasażerami wydaje się zbędna, bo przerywa pochłaniającą czas czynność.

Tym razem więc ruszyliśmy w podróż z innym nastawieniem. Że nuda dziecka to nic złego, niech się trochę ponudzi, wówczas wpadnie na pomysł jak kreatywnie zająć sobie czas. Że za oknem może zobaczyć to wszystko, co sami widzieliśmy jak byliśmy mali. Mnie nie trzeba przypominać, że świat widziany zza okna podczas podróży może być piękny, ale dziecko można tego nauczyć. Więc uczyliśmy. Pokazywaliśmy rzeki i strumyki, skoszone łany zboża, ptaki na łąkach, przyczajone leśne zwierzęta. Zamiast inwestować w sprzęty, bez których w sumie możemy się obejść, zainwestowaliśmy ten wspólny czas w uważność na to co wokół.

Córka nudziła się jakby mniej. Dla mas to też była trochę retro podróż, przypominaliśmy sobie czym zajmowaliśmy się w podróży jako dzieci. Bo w sumie fajnie jest nie przegapiać świata za oknem.