Gdzie się podziały wokalistki wszech czasów?

Z Trójkowym topem wszech czasów dobrze wchodzi się w Nowy Rok. Dobrze oznacza w tym przypadku tradycyjnie, zachowawczo i.. męsko. Nikt tu nie spodziewa się rewolucji, wiadomo, otrzymujemy zatem przewidywalny zestaw w lekko zmienionym układzie, co wydawać by się mogło na tak leniwy dzień, jakim zazwyczaj okazuje się 1 stycznia w zupełności powinno wystarczyć. Trzej (zwykle czterej, ale tym razem jeden się rozchorował) prowadzący dwoją się i troją, by zbudować napięcie, które – umówmy się – najczęściej duże nie jest, skoro wygrywają zawsze ci sami. Z radia powoli sączy się najczęściej klasyczny rock, rzadziej reprezentowane są inne gatunki. Jestem to jeszcze w stanie pojąć, taka konwencja. Kompletnie zaś nie umiem pojąć, jakim cudem wśród setki piosenek wytypowanych jako utwory wszech czasów prawie nie ma tych wykonywanych przez kobiety.

Zwykle, tak było i w tym roku, w całym zestawieniu znajdują się mniej więcej 3 panie i to na dość odległych miejscach: w tym roku ta zaszczytna funkcja przypadła zespołowi Cranberries (miejsce 30), Sinead O’connor (57) i Adele (60).

Hmm. Oczywiście zapewne powyżej opisany fakt nie przeszkadza większości głosujących i słuchających, nie przeszkadza też raczej prowadzącym, którzy rozpływają się nad ósmym z kolei utworem grupy Pink Floyd, ale w mojej, skromnej kieszeni nóż się otwiera. Tak, w moim przypadku ten niemrawy dzień z radiem w tle zamienia się w narastający bunt, podobny do buntu Recenzentki, która parę tygodni temu ustosunkowała się do listy nominowanych do Paszportu Polityki. Nie, nie jestem krytyczką muzyczną, niewiele wskazuje na to, abym kiedykolwiek została członkinią Trójkowej redakcji muzycznej ani żadnego innego gremium przyznającego nagrody muzyczne. Nie rozumiem też, na czym polega ten problem, bo przecież koniec końców jest to vox populi: że głosują głównie zachowawczy mężczyźni, którym łatwiej utożsamić się z męskim wykonawcą? Wypada mi tylko pozostawić tę wątpliwość bez diagnozy, licząc, że nie jestem w tym dyskomforcie odosobniona.

Żeby trochę jednak zmniejszyć dręczące mnie poczucie dyskomfortu i  narastającą frustrację, wymienię tylko 5 piosenek wykonywanych przez kobiety, których brak mi w tym zestawie szczególnie.

Ponieważ braknie tu przynajmniej z 20-30 wykonawczyń, nie tylko anglojęzycznych, nie tylko amerykańskich, ale i europejskich, w tym również polskich, mój wybór – nie ma wyjścia – musi być mocno okrojony i niesatysfakcjonujący. Żeby choć trochę wykroczyć poza subiektywną selekcję, wybieram wykonania / artystki, które pojawiają się w popkulturze lub odwołują się do niej w szczególny sposób. Innymi słowy, „cytowane” lub „cytujące”. Wciąż unikalne, choć wielokrotnie coverowane, to wciąż jednak nie do podrobienia. Kolejność chronologiczna.

1) Nina Simone, Don’t Let Me Be Misunderstood

Ta napisana w 1964 roku dla Niny Simone ballada była zapewne intencjonalnie piękną pieśnią o miłości. Tak brzmi w wielu późniejszych wykonaniach, spośród których najbardziej popularna jest przepiękna zresztą wersja niedawno zmarłego Joe Cockera. Nina Simone swoją niepokojącą, przejmującą interpretacją wydobywa z niej jednak dużo więcej, piosenka brzmi jak manifest. Nic więc dziwnego, że utwór wpisywany był w kontekst ruchu na rzecz swobód obywatelskich dla Afroamerykanów z lat 50tych i 60tych XX wieku, zwłaszcza że w ruch ten zaangażowana była sama Simone. Choć trudno powiedzieć, czy słusznie, wyobrażenie o sile tej piosenki jest na tyle intensywne, że wspiera ją stworzony przez fanów wideoklip do tej pieśni.

Protest song czy nie, Nina brzmi tu rasowo, a pieśń nie mogła mi wyjść z głowy podczas czytania prozy Toni Morrison. Wybieram ją jako szczególnie mi bliską, odsłuchiwałam jej dyskografię całymi tygodniami, choć wybór ten reprezentuje inne wielkie czarnoskóre wokalistki tamtych czasów: te starsze i młodsze, te bliskie jej stylistycznie, i te odległe. To kawał historii i kawał amerykańskiej muzyki. Samą Ninę umieścić mogę jeszcze w jednym odpolitycznionym kontekście, nawiązanie do jej twórczości pojawia się w kulminacyjnej scenie jednego z moich ulubionych filmów, Before Sunset / Przed zachodem słońca (reż. R. Linkater) z Julie Delpy i Ethanem Hawkiem.

2) Joni Mitchell, Both Sides Now

Młodsza o dekadę od Niny kanadyjka Joni Mitchell przeszła w swoim życiu jakąś nieprawdopodobną woltę. Nie mogę uwierzyć, że dziewczę, które w końcówce lat 60tych z dużym wdziękiem śpiewało wysokim sopranem Big Yellow Taxi i dojrzała kobieta, która po latach powraca do swego młodzieńczego repertuaru to ta sama osoba. Ciężko również uwierzyć, że tą przenikliwą, głęboką pieśń skomponowała i napisała w 1967 roku zaledwie 24 letnia (!) wykonawczyni. Both Sides Now w tej dojrzałej wersji jest jedną z tych piosenek, od których ma się przysłowiowe i kolokwialne ciary. Oto ona, w koncertowej odsłonie.

Z tego wykonania  również skorzystała kinematografia. Któż by nie znał Love actually, znanego pod polskim tytułem To właśnie miłość? Tam właśnie utwór ten wybrzmiewa prawie w całości, staje się integralną częścią filmu i pozwala Emmie Thompson imponująco odegrać pełną goryczy scenę, jedną z najmocniejszych chyba w całym filmie.

3) Kate Bush, Wuthering Heights

Jakkolwiek dorastam dopiero do słuchania Kate Bush i nie zawsze przychodzi mi to z łatwością, muszę przyznać, uwielbiam ten utwór. Napisała go jako 18latka, dwa lata później, czyli w roku 1978 zadebiutowała nim przed szeroką publicznością. Jest w nim młodzieńcza, może trochę egzaltowana fascynacja powieścią Emily Bronte, inteligentny intertekst pozwalający na co najmniej kilka odczytań, a sama Kate Bush w obydwu towarzyszących piosence wideoklipach jest eteryczna i niepokojąco neurotyczna. Dokładnie jak bohaterka Bronte, Cathy. Gdy choć raz usłyszy się, jak Bush wyśpiewuje chwytliwy refren (Hitcliff, it’s me Cathy, come home now), trudno uwolnić się od niego podczas czytania Wichrowych wzgórz.

Wybieram wersję ze wzgórzami właśnie. Odsłuchiwałam i oglądałam ją wielokrotnie, ale wciąż niejasna jest dla mnie granica między egzaltacją a świadomą autoironią. Przyznam, bardzo lubię tę niejasność.

Jasne, że odśpiewywało tę piosenkę kilka innych osób, niektóre z nich nawiązywały do tej wersji, ale cóż, nie da się doścignąć oryginału.

4) Tracy Chapman, Fast car

Dziewczyna, która wyglądała jak chłopak w 1988 roku, zaśpiewała ten utwór na Wembley na „urodzinach” Nelsona Mandeli. Sam bohater siedział wówczas w południowoafrykańskim więzieniu, może inna z wykonanych przez nią wówczas piosenek (Talking about a revolution) byłaby bardziej adekwatna w kontekście Mandeli. Wyszła na scenę jedynie z gitarą i to tamto skromne wykonanie Fast car, bardzo intymnej ballady o społecznym zaangażowaniu, zapoczątkowało jej karierę. Karierę nie tyle może oszałamiającą, co najzwyczajniej w świecie – istotną. Wyśpiewywana dramatycznie smutna historia stała się manifestem niespektakularnie wykluczanych i pomijanych. Mam wrażenie, że mimo upływu ćwierćwiecza nie straciła nic na swojej aktualności. Do dziś internet roi się od smutnych dziewczyn z gitarą, które wyśpiewują ten utwór, ale dojmującego smutku Tracy, boleśnie autentycznej w tym utworze nic nie przebije.

5) Annie Lennox, Why

Last but not least. Tej szkockiej piosenkarki nie może braknąć w mojej refleksji o współczesnej muzyce. Darzę ją wyjątkową sympatią, marzę, by być kiedyś na jej koncercie. W zasadzie zachwyca mnie jej niemal cała dyskografia, o jej androginicznym wizerunku scenicznym i niemniej kampowych teledyskach pisano (i słusznie!) naukowe rozprawy. Jest ikoniczna, nie poradzę wiele, że mogę o niej niemal wyłącznie na kolanach. Ikona to jednak nie wszystko, Lennox pozostaje sobą: jej kontralt o dużej skali, jej samoświadomość sceniczna i przede wszystkim – głębia jej interpretacji, czyni z niej absolutnie unikalną artystkę sceniczną.

Wybieram Why, jeden z najbardziej przejmujących utworów o miłości. Pochodzi z jej pierwszej solowej płyty Diva z 1992 roku. Ja zdecydowałam się na jedną z licznych wersji koncertowych, w tym wykonaniu pełna pasji i złości. W innych, równie pięknych, dojrzała i spokojna.

***

Ech, czuję niedosyt… Jasne, że brakuje tu wielu innych wykonawczyń i listę można by rozszerzać i rozszerzać. Najsmutniejsza jest jednak konstatacja, że nawet istotne artystki (autorki tekstów, kompozytorki, wykonawczynie własnej muzyki) funkcjonują w popkulturze na ściśle wyznaczonych pozycjach, m.in. w filmach kierowanych głównie do kobiet, choć tworzą sztukę, jestem o tym przekonana, wykraczającą poza sprawy płci.

Na zdjęciu wokalistka wszech czasów z mojego subiektywnego rankingu. Piękna, nawet ze zmarszczkami. Chyba nigdy w Trójkowym Topie Wszech Czasów nieobecna. Annie Lennox.

ięknej, nawet ze zmarszczkami.

  • http://twitter.com/airborell airborell (@airborell)

    Rock był (i jest) męską sprawą (to też jest ciekawy temat na studia gender), a Top jest jednak zdecydowanie rockowy. Co nie zmienia faktu, że nieobecność przynajmniej Kate Bush i Björk jest nieporozumieniem. Joni Mitchell… kompletnie niedoceniana czy wręcz nieznana w Polsce. Jedyna jej propozycja wylądowała w ostatniej setce głosowania (gdzieś na miejscu 1500.)

    Taka jeszcze ciekawostka z bloga poświęconego analizie twórczości Mojej Muzycznej Idolki Nr 1 z punktu widzenia gender, rzucająca dodatkowe światło na ostatni akapit Twojego tekstu:

    „Basically any important solo female artist of the past fifty years (besides Newsom and Kate Bush and PJ Harvey, really) give writing credits to men all over the place (and I often wonder if many of these female solo musicians would have been considered important if men weren’t given writing credits). Bjork (when I found this out I was almost in tears, really) does it constantly, although she constantly says in interviews that she writes the main melodies of the voice and instruments for all her songs. So, then why does the guy get such a big credit for adding the drumbeat? Maybe they should and maybe I shouldn’t be downplaying drumbeat input, but I’ve noticed independent male solo artists rarely ever do this (Sufjan Stevens, Bon Iver, Andrew Bird, Patrick Wolf, the list could go on and on). I actually can’t think of a single example of a male artist giving more than an instrumentation credit for something like that if they wrote the main melody and the lyrics. Pop stars do this, but that’s a whole different industry. ”

    http://allthebirds.tumblr.com/post/9666741856/re-submission-re-van-dyke-parks

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com Marta Poczytalna

      Tak, masz rację, to bardzo ciekawy temat do badań gender.

      W tym konkretnym przypadku ta nierówność jest oczywista, ale nie jest uczciwa, bo już nie chodzi nawet o to, by kobiet było tyle samo, tylko by w ogóle były w tym topie reprezentowane. W liczbie większej niż 3. Po namyśle dochodzę do wniosku, że musi jednak brakować takiej refleksji u panów prowadzących, a dziennikarki muzyczne Trójki nie aspirują do prowadzenia topu i nie aspirują do feminizmu. Wybór słuchaczy wyborem słuchaczy, ale brakować tu musi pełniejszej reprezentacji dokonań kobiet przy okazji informowania o głosowaniu.

      I nawet, jeśli uznamy, że top jest rockowy (bo w praktyce jest, choć w nazwie niekoniecznie), to coś tu nie gra i tak. Wybierałam artystki charyzmatyczne i znaczące, a i tak zabrakło tu tylu nazwisk… gdzie Janis Joplin czy PJ Harvey? Gdzie wspomniana przez Ciebie Bjork? Czemu nie ma Ewy Demarczyk, Maryli Rodowicz, Kory z Maanamem? Pewnie między innymi dlatego, że skromniej się o nich wspomina (o ile w ogóle) przy okazji informacji o głosowaniu i pewnie dlatego, że tak jak jest w literaturze, teksty pisane przez kobiety traktowane są jako kobiece a męskie – uniwersalne. Cóż dla mnie ten męski top uniwersalny nie jest.

  • http://twitter.com/airborell airborell (@airborell)

    No jednak się nie zgadzam. Bo męskich singerów/songwriterów w pierwszej setce Topu też możesz policzyć tylko ledwo wykraczając poza palce obu rąk (Lennon, Niemen, Ciechowski, Springsteen, Grechuta, Dylan, Clapton, Gabriel, Sting, Gotye, Marley – raptem jedenastu). I pewnie można się zastanawiać, czy Hendrix bardziej zasługuje na miejsce niż Joplin, a Grechuta niż Demarczyk, ale nie o to chodzi. Ogromną większość Topu zajmuje twórczość klasycznych rockowych zespołów. Otóż klasycznych rockowych zespołów z żeńskim wokalem, czy w ogóle kobietą na jakimkolwiek instrumencie, było bardzo mało, a wśród tych najbardziej popularnych – wcale. To się trochę zaczęło zmieniać w latach 80. i 90. (vide Cranberries), ale Top jest zdominowany przez zespoły powstałe wcześniej – różne Zeppeliny, Floydy czy Queeny. Nie znajdziesz w żadnym zespole tej rangi ani jednej kobiety. I tak jak mówiłem, pytanie „dlaczego tak było” jest bardzo dobre.

    W każdym razie nie czepiałbym się wybierających propozycje do Topu czy głosujących na niego. Oskarżonym z punktu widzenia gender powinna być historia rocka.

  • http://twitter.com/airborell airborell (@airborell)

    (Oj, jeszcze Staszewskiego i Armstronga przeoczyłem).

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      Sporo masz racji, historia rockowych formacji to męska historia. Ale wciąż uważam, że brakuje pełniejszej prezentacji snogwriterek przy okazji informacji o Topie. Gdyby – powiedzmy- jednym z prowadzących był Piotr Kaczkowski sprzed kilku-kilkunastu lat, znalazłaby się tam Tori Amos. Nie znalazłaby się? Nie ma niewinnej prezentacji przy tego rodzaju głosowaniach i w tym przypadku brakuje tam kogoś, kto by się o songwriterki bardziej zdecydowanie upomniał.

      • http://twitter.com/airborell airborell (@airborell)

        Wiesz, ja myślę, że wpływ prezentacji kandydatur na głosy nie jest aż tak wielki. Niedźwieckiemu nie da się zarzucić braku sympatii do Kory, a i tak żadnego kawałka Maanamu nie ma w Top 100. (Swoją drogą prawdziwego szoku doznałem patrząc na wyniki Polskiego TWC: najwyżej notowany Maanam jest na miejscu… 48).

        Tori akurat trochę cierpi przez brak naprawdę wielkiego, powszechnie rozpoznawalnego przeboju (podobnie ma Björk; z drugiej strony Bush taki przebój ma i tak jej to nic nie pomogło).

        Jeszcze taka ciekawostka a propos „kobiety w rocku”. Od początku czytałem pismo „Tylko Rock”. Miało ono rubryczkę „W łóżku z Pamelą”, gdzie opisywano seksualne ekscesy gwiazd rocka z lat 70., głównie chyba Micka Jaggera i Jimmy’ego Page’a. Była też rubryka „Woman”, gdzie polscy rockowi gwiazdorzy opowiadali o roli kobiet w ich życiu i chwalili się zdjęciami swoich aktualnych panienek. A najśmieszniejsze było to, że działo się to w momencie wybuchu drugiego boomu rockowego w Polsce, a najważniejszymi postaciami tego boomu były Kasia Nosowska i Edyta Bartosiewicz…