Stasiuk wschodni

okł ze strony wydawcy https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/wschod
okładka ze strony wydawcy https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/wschod

Dużo napisano już o Wschodzie Stasiuka, książce, która ukazała się przed paroma miesiącami. To jeden z najwyrazistszych polskich autorów, którego teksty spotykają się zwykle z szeroką recepcją. Tym razem również wyrusza w nieco innym kierunku. Choć nie wszystko w jego świecie się zmienia, Stasiuk zapuszcza się w nim w nieco inne niż dotąd rejony, wyrusza na bliższy (polski) i dalszy (rosyjsko-azjatycki) Wschód, ale tak naprawdę wyrusza w głąb siebie i w głąb polskiej tożsamości, w poszukiwaniu tego, co wyparte.

Przyznam szczerze, choć urzeka mnie język Stasiuka, nie należy on do moich ulubionych pisarzy. Pisze dużo, miejscami może nawet za dużo, publikuje często i są wśród jego bogatego dorobku są teksty wybitne i takie, które może niekoniecznie musiały się ukazać. Podchodziłam zatem do lektury z pewnego rodzaju rezerwą, ale i zaciekawieniem, bo wyprawy na wschód to dla mnie bliski temat i byłam ciekawa jakże go autor Jadąc do Babadag ugryzie. Na szczęście Wschód okazał się książką mocną i fascynującą, do pewnego stopnia może nawet odkrywczą, która rezonuje we mnie po przeczytaniu.

Po kolei jednak. We Wschodzie są wciąż kwestie u Stasiuka niezmienne. Centrum jego świata jest prowincja, tu głównie sytuuje ją w krainie dzieciństwa i wczesnej młodości, czyli na warszawskim Grochowie i w rodzinnych stronach dziadków, czyli na południowym Podlasiu. To jest środek stanowiący nieustanny punkt odniesienia. Miejsce, w którym formułuje swoje epifanie na cześć żyć nieistotnych. Stasiuka zwyczajowo bowiem interesuje to, co prowincjonalne i tak jest w tym tekście: Kiszyniów jest ciekawszy od Paryża, Lublin od Warszawy, a peryferie Rosji od Moskwy. Ta dychotomia między Wschodem a Zachodem wyostrza się zwłaszcza w jednym z piękniejszych rozdziałów tej książki, w rozmowie z matką. Sugestia jeżdżenia na Zachód, trochę nawykowo wygłoszona przez matkę, spotyka się z gwałtowną reakcją narratora.

Mama, jak ja mam na Zachód jeździć? Z tej nadbużańskiej równiny? Z tych piasków, w które waliły pioruny? Z tych wądołów ze stojącą zielonkawą wodą? Mamo, dokąd ty mnie wysyłasz? Zdrajcę chcesz ze mnie zrobić? Podrzutka jakiegoś? Przecież jesteś mądra, a mówisz jak te wszystkie psiuty z gazet, z telewizora: on nie lubi Zachodu, on jest antyzachodni, ten śmierdziel jeden i jeszcze dzikusa udaje, żeby go tam chcieli słuchać. Naszą młodą liberalną demokracją gardzi i chce tutaj brudu i Tatarii jakiejś, lekceważy nasze zdobycze społeczne, intelektualne, nasz wysiłek cywilizacyjny oraz postmodernistyczne projekty, bo tylko syf mu w głowie, rozpad, żeby starymi oponami palili i żeby bydło srało, gdzie popadnie, i nic go nie obchodzi wyzwolenie wyklętych mniejszości, ponieważ jest zwykłą świnią, która tarza się w nieczystościach przeszłości i ryje w brudzie zacofania. I jeszcze pieniądze za to bierze.

W tym komentarzu ironicznie podsumowującym polemistów Stasiuka zarysowana jest dość prosta dychotmia Wschodu i Zachodu, którą książka na szczęście komplikuje. Wiadomo, Zachód, czyli pustka, polityczna poprawność i konsumpcja. Ale (polski) Wschód to nie tylko nadbużańska dolina, nie tylko niemrawe kolejki z PRLu, nie tylko opustoszałe wsie. To również, co szczególnie tutaj ważne i wyeksponowane, kompleks wschodni, czyli konsekwentnie wypierane poczucie gorszości. Zdaniem Stasiuka wypierają niemal wszyscy: przybyli do miasta wypierają swoje wiejskie korzenie, mieszkańcy miejscowości położonych blisko miejsc zagłady wypierają swoje materialne korzyści, które czerpali z Holocaustu, on jako młody chłopak wypierał wpływ radzieckiej kultury, choć prowadził życie w cieniu imperium. Jest w tych refleksjach Stasiuka, dosyć często odkrywczych, spora doza brutalnej szczerości. Dzięki temu, że zaczyna od siebie i swoich najbliższych, nie oszczędzając nikogo w swoich obserwacjach, otrzymujemy boleśnie prawdziwy obraz Wschodu jako kompleksu gorszości.

To jest dopiero początek wschodnich podróży, bo Stasiuk jedzie przez peryferie Rosji do Mongolii i Chin, w poszukiwaniu odpowiedzi, czym był komunizm. Znużony podróżą koleją transsyberyjską (świetne fragmenty, polemiczne wobec wielu pełnych zachwytów podróżniczych relacji), w głębokiej Rosji znajduje miejsca drugorzędne, łudząco przypominające polską prowincję. Mongolia, oprócz zmęczenia klimatem, wiąże się z refleksjami o nieuchronnej zagładzie tradycyjnej kultury w zglobalizowanym się świecie. Chiny zaś nie tylko wywołują poczucie obcości czy zadziwienie własną tam obecnością, ale i obawę przed nieuniknionym i nieodwracalnym zalewem świata przez chińską produkcją. Te dalekie podróże Stasiuka mają już inny sens, powtarzane jak mantry nazwy miejscowości sprawiają, że czytelnikowi udziela się poczucie obcości. Autor nie jest jednak reportażystą, nie tłumaczy świata, który widzi, a tworzy w ten sposób niekiedy bardzo poetycki esej podróżniczy. Znużenie odległą podróżą wkrada się w ten tekst i dotyka także czytelnika.

Odległe sensy tej wyprawy stają się czytelniejsze, gdy Stasiuk powraca do kraju. Tu jak w krzywym zwierciadle widać ekstatyczną fascynację konsumpcjonizmem, spacery po galeriach handlowych, które zalewane są chińską tandetną produkcją. W efekcie – zdaje się dopowiadać Stasiuk – tracimy tym samym autentyczność i kontakt z własną przeszłością, pogłębiamy kompleksy, pielęgnujemy poczucie gorszości, rezygnujemy z przeszłości. Zmierzamy tym samym do zbawienia, które stało się wygnaniem. Choć, fakt, autor popada niekiedy w kaznodziejski ton, unika jednak sentymentalizmu i nostalgii za czasami własnej młodości. Nie zmienia to faktu, że diagnozy Stasiuka, są osobne, warte uwagi, naznaczone jego własnym autorskim stylem. Czy trafne? Cóż, we mnie rezonują…

 Zdjęcie Andrzeja Stasiuka [klik]