W domu z chorym dzieckiem. Ćwiczenia z uważności

Dni w domu z chorym dzieckiem. Wyglądają efektownie tylko w telewizyjnych reklamach cudownych środków na przeziębienie, które w życiu jakoś nie chcą działać. Pomijane w opowieściach, kwitowane najczęściej krótkim: „siedzę w domu z chorym dzieckiem”, w rzeczywistości są zaawansowanymi ćwiczeniami z rezygnacji. Rezygnujesz z innych planów, cudownie zdobyty bilet do teatru przejmuje umawiana od kilku dni opiekunka, odwołujesz spotkania i wcześniej planowane wizyty. Nie ma cię przez ten czas.

Dni są magmatyczne, wyznaczane rutyną podawania kolejnych lekarstw i poszukiwania domowych sposobów na poprawę stanu zdrowia.  Jesteś superrodzicem bez prawa odwrotu. Zwalczasz objawy choroby, znosisz humory, a potem, w tych lepszych chwilach mierzysz się z energią, która rozsadza kilkulatka. Dni są jak długa, żmudna podróż pociągiem: jesteś kaowcem od zadań specjalnych, wymyślasz dialogi misiom, czytasz książki, zwykle dziwnym trafem ciągle te same, układasz puzzle, grasz w gry planszowe na uproszczonych zasadach, organizujesz zabawy plastyczne. W między czasie pichcisz obiad z tego co znajdujesz w otchłani lodówki. Ratujesz się bajkami, masz wyrzuty sumienia. Wyłączasz się czasem, próbujesz się skupić (a to pracodawca pilnie cię potrzebuje, a to praca zlecona wzywa) lub wręcz przeciwnie rozproszyć (ach, ta wirtualna rzeczywistość). Efekt – rozdrażniasz się ty, rozdrażnia się ono, kapitulujesz, przytulasz. Po przyjściu współrodzica na chwilę umykasz do sklepu pod byle pretekstem, nie chodzi o kupowanie, ale musisz się przewietrzyć, bo inaczej zwariujesz. Czekasz z utęsknieniem na wieczór, ale on przemyka chyłkiem. Noce są rwane, kaszel, katar, głaskanie po małym, spoconym czole, które walczy z gorączką.

Zna to każdy rodzic. Od podszewki.

Czy umiesz sobie wyobrazić, że właśnie bierzesz udział w trudnym odcinku wieloletniej medytacji, że w niesprzyjających warunkach trenujesz swoją uważność? Ja taką myśl zawdzięczam Myli i Jonowi Kabat-Zinnom i ich książce Dary codzienności. Poradnik uważnego rodzicielstwa. Serio, serio.

To kojąca książka. Mierzę się ostatnio z rodzicielskimi poradnikami, czytam je naprzemiennie z narastającym wyrzutem sumienia lub rzadziej pojawiającym się samozadowoleniem. Te skrajne stany mnożą mi w głowie pytania, nie wiem już sama, nie znajduję recept i gubię na moment intuicję. Sięgam po Kabat-Zinnów i ich wizja rodzicielstwa pełnego empatii i szacunku, na wskroś bliskościowego, z przyzwoleniem na błędy i zmęczenie, a jednocześnie głęboko refleksyjna, jest mi bardzo, bardzo bliska.

Uważność, piszą, to obecność w rzeczywistości, szczególny rodzaj nieosądzającej uwagi, skierowanej na bieżącą chwilę. Uważne rodzicielstwo jest szczególnym rodzajem pracy nad sobą, wiąże się z ogromnym wysiłkiem, pracą na stykach własnego życia wewnętrznego, życia własnych dzieci i społeczeństwa/ cywilizacji, w której funkcjonujemy. Jednocześnie książka, jak mało która, pisana jest z myślą o rodzicach i ich wątpliwościach, autorzy jako rodzice są w niej permanentnie obecni, nie ukrywając swoich temperamentów, przyzwyczajeń, a także obaw czy  znużeń, czyli właśnie swojej skomplikowanej pracy nad sobą. Pozwala im to rozszerzyć granice empatii, która jest podstawą ich rodzicielstwa, a okazuje się szczególnie ważna w  sytuacjach konfliktowych: w histerycznym szale kilkulatka w  przestrzeni publicznej, który trzeba opanować czy w narastającej, wydawałoby się bezpodstawnej irytacji nastolatki odburkującej tuż po powrocie do domu. Nie są w tym momencie nadludźmi (oj, jak cudownie, że nie są!) i mogę sobie w swoim zmęczonym uciążliwością choroby dziecka rodzicielstwie pomyśleć o nich i imponujących rezultatach ich praktyki.

Żeby nie być gołosłowną, oto przykład, który szczególnie dobrze działa w ostatnich dniach na moją nadszarpniętą, rodzicielską wytrzymałość.

Kiedy mój synek miał cztery lata, z upodobaniem wracaliśmy do bajki o Jasiu i łodydze fasoli. Nie wystarczało mu dwu- czy trzykrotne jej przeczytanie. Chłopiec domagał się wielokrotnego powtarzania tekstu. Lubiłem tę bajkę, ale trudno mi było zachowywać entuzjazm przy siódmym czy ósmym czytaniu. Zdałem sobie sprawę, że dziecko za każdym razem słucha jej tak jakby słyszało ją po raz pierwszy. Głęboki wątek o niedostatku mleka i konieczności sprzedania krowy; napięcie związane z ukrywaniem się przed mieszkającym w zamku olbrzymem i obserwowaniem jego zachłanności; zadanie wykradzenia złota, magicznej kury i śpiewającej harfy; emocja związana z pościgiem w dół łodygi i otrzymaniem od matki siekiery w czasie pozwalającym ściąć łodygę i zniszczyć olbrzyma – wszystkie te tematy były dla chłopca całkiem realne w każdym czytaniu. W jego ciele widać było napięcie, gdy pojawiał się olbrzym, a uśmiech rozjaśniał jego buzię, gdy Jasiowi udało się go przechytrzyć.

Oglądanie bajki oczyma dziecka skłoniło mnie do prób zachowania pełnej obecności przy każdym czytaniu, mimo wściekłych oporów mojego dorosłego umysłu. Kiedy mi się to wreszcie udało, […] bajka stała się na pewien czas częścią mojej praktyki medytacyjnej, w której uczyłem się zachowywania swojej obecności w sytuacjach, w których nie miałem już na to ochoty.

Jakie to ma zastosowanie przy chorym dziecku? Moim zdaniem, ogromne. Kiedy – co tu ukrywać – jestem zmęczona marudnym nastrojem, doskwiera mi rutyna, zmęczenie i złe samopoczucie, a myśl wybiega w przeszłość lub przyszłość, czyli w tych wszystkich – umówmy się – mało uważnych momentach, to właśnie uważność przypomina mi o pokorze. Przypomina mi o tym, że tu i teraz, w notorycznym rozgardiaszu, złym samopoczuciu i zmęczeniu, tworzy nam się więź. Nasza własna, wyjątkowa. Cieszy mnie, że jestem świadomym uczestnikiem tego procesu.

Książka Kabat-Zinnów ma w sobie zdecydowanie więcej wątków niż ten, który podjęłam w tym wpisie. Dużo w niej przykładów dobrych więzi. Nie tylko własnych (co mnie jednak u autorów poradników odstrasza), ale i zaobserwowanych wokół siebie. Poza tym dużo wątków bliskościowych, choć w polskim tłumaczeniu nie pada nawet to słowo. Dużo opowieści o rozwoju dziecka, szacunku i empatii. Dużo o nieuniknionych konfrontacjach z pospiesznym życiem, z cywilizacyjnymi zmianami, które nas dotykają. Moją przychylność budzą nawet sugestie dotyczące wychowania dzieci wedle płci, a, wierzcie mi, jeżę się zwykle, gdy czytam o takim podziale. Co ciekawe, pozycja jest w zasadzie nieobecna w polskiej recepcji, choć mam wrażenie, że Jona Kabat-Zinna jako autora kilku innych książek o uważności znają wszyscy. Mój egzemplarz – czytany ukradkiem w tych krótkich chwilach tylko dla siebie – aż roi się od karteczek z pozaznaczanymi fragmentami, więc myślę, że będę jeszcze nadrabiać te recepcyjne braki. I praktykować uważność. Dziecko mi na razie nie zdrowieje, ja już zaczynam czuć się jak zombie, więc będę miała ku temu dużo okazji.

Zdjęcie tym razem pożyczyłam od wpisofsernik.pl. Jest to zdjęcie bliskiego mi rozgardiaszu i mojego dziecka, a jego autorem jest mój fajny, blogujący mąż.