Tata w budowie. Recenzja książki

Z pewną rezerwą podeszłam do książki Tomasza Bułhaka Tata w budowie. Felietony o tym, jak być ojcem i nie zwariować (ze szczęścia), choć – umówmy się – nic jej nie brakuje. No może poza zgrabniejszym, lepiej korespondującym z treścią podtytułem. Na pierwszy rzut oka bardzo ładnie wydana, opatrzona świetnymi, po trosze komiksowymi ilustracjami twórczyni Psich Sucharków. Koncepcja ojcowskiej perspektywy nie jest nowa, choć tak się jakoś składa, że zwyczajowo jako taka jest prezentowana. Ponieważ trochę już dobrze piszących tatusiów było [klik] [klik], trudno mnie z miejsca taką nowością omamić. Wpadłam jednak na bloga Tata w budowie nieco przypadkiem i wsiąkłam. Wtedy właśnie sięgnęłam po książkę. Połknęłam ją w dwa wieczory podczas długodystansowych karmień Synka, uśmiałam się, trochę zamyśliłam i trochę wzruszyłam. Wszystko we właściwych proporcjach.

Ojciec nieopierzony

Jak donosi okładka to”subiektywny męski punkt widzenia w temacie nieopierzonego ojcostwa”,  a głównymi bohaterami tej książki są ojciec, córeczka Zu, a właściwie ich zmieniająca się relacja.  Mama, zwana G. pojawia się również na kartach tej książki, ale – inaczej niż w życiu dziecka, co narrator wielokrotnie podkreśla – jej obecność jest tu niejako drugoplanowa. To opowieść o odnajdywaniu się w nowej roli i dorastaniu do intuicyjnego ojcostwa. Bułhak jest przy tym tak bezpardonowo szczery i rozczulający, że trudno się jego felietonom oprzeć. Wzrusza, gdy mimochodem ujawnia swoją głęboką troskę o dziecko. Idę w zakład, że scena, w której ogrzewa butelkę z mlekiem córki pod swoim swetrem niejedną mamę przyprawi o wzruszenie. Bawi, gdy wyznacza sobie zadanie weryfikacji gadżetów niemowlęcych. Wzbudza szacunek, gdy nie spoczywa w trosce o zapewnienie córce (i sobie przy okazji, to jasne) intelektualnej rozrywki szczegółowo opisuje swoje heroiczne wyprawy z córką w świat – jakim wyzwaniem potrafi być podróż podmiejskim pociągiem czy wielogodzinny spacer po obcym mieście. Jest do bólu prawdziwy, gdy pisze o niecierpliwości przeradzającej się w tłumioną agresję, towarzyszącej podczas usypiania niemowlaka, które długo nie śpi, „a miało przecież spać”. I wtedy, gdy przyznaje się do rodzicielskiej bezradności, kiedy sprawdzone rytuały „nie działają”.

Gradacja doświadczeń

Wszystkie jego przygody prowadzą do momentu, w którym – w sumie mimochodem – ta lekka w formie książka, nabiera dodatkowej wartości. Uparcie nazywana niemowlakiem Zu, wreszcie wyrasta z niemowlęctwa. W tym momencie książka przestaje być zbiorem dowcipnych miejscami rad jak zaopiekować się niemowlakiem, a staje się opowieścią o dorastaniu do ojcostwa. Wartością tej opowieści jest fakt, że im bardziej jest doświadczony tata w budowie, tym więcej ma w sobie  pokory. Nie kreuje się na ojca, eksperta od wychowania.  Wręcz przeciwnie, im dłużej trwa jego przygoda z ojcostwem, tym bardziej jest świadom, jak długa jest jeszcze droga przed nim. Mocną pointą tej książki jest ostatni felieton, w którym Zu rodzi się siostrzyczka i całe to universum rozpoczyna się na nowo, choć w nowej już bardziej skomplikowanej konfiguracji.

Feminista niewojujący

Dodatkową, naddaną rzekłabym wartością tej książki jest fakt, że jest ona mimochodem feministyczna. W pół słowa, bez zadęcia Bułhak kreśli rodzinny portret, w którym mama małego dziecka pracuje, kształci się, a w tym czasie opiekę nad dzieckiem sprawuje tata. Nie ma przy tym poczucia misji, że oto kreśli portret „nowego ojca”. Czasem towarzyszą mu miejscami obawy, że „baza” daleko. Czasem lekkie ukłucia zazdrości, że dziecko jest mocniej związane z mamą. On po prostu szanuje swoje kobiety, najzwyczajniej w świecie wspiera żonę i chce uczestniczyć w życiu córki, mimochodem przełamując stereotypy i własne poczucie niedoskonałości. I ponownie – czuje się tu autentyczność. Że to bycie z dzieckiem  jest czasami powodem do dumy, w stylu patrzcie jak sobie znakomicie radzę. Ale że – mimo wszystko –  przede wszystkim rozwija u niego empatię i wrażliwość, nieprzypisane stereotypowo do własnej płci. Ten niewojujący feminizm to moje ulubione partie tej książki.

W tekście o wsparciu dla ojców i matek Bułhak pisze:

Pytanie, co ze scenariuszem […], w którym to matka zostaje z dzieckiem. Pierwszy odruch: to norma, co tu pisać! Prawie zawsze tak jest. […] Matki masowo rezygnują z wielu ważnych dla nich aspektów życia – stylu życia, kariery, części zainteresowań. Mało kto podchodzi do nich i mówi, że to wyjątkowe, że takie poświęcenie to jest coś. […] Nie nawołuję tu do buntu matek, nie chodzi o to, by porzucały plany o macierzyństwie. Przeciwnie. Piłka jest w tej sytuacji po naszej stronie – tych, którzy są obok. Nie sądzę, aby było dużym problemem i wyzwaniem docenienie ich w ramach dokonanego przez nie wyboru. Oczywiście, łatwo powiedzieć. Sam mam często z tym problem i wpadam nieustannie w koleinę stereotypu. Sam, będąc facetem, myślę jak próżniak, który widzi w swoich działaniach wyjątkowość, a w codziennym poświęceniu żony – normę. Warto na to spojrzeć z innej perspektywy.

Trudno go nie polubić za tę perspektywę, nieprawdaż?

  • Bibi

    Dawno nie czytałam książki o takiej tematyce, choć był czas (ciąż i przygotowań do macierzyństwa), kiedy wciągałam je po kolei. Teraz patrzę z podziwem na męską część mojego domu:) Wszystkiego można się nauczyć (wyjścia z próżniactwa i patrzenia na normy też:)

  • https://firliki.wordpress.com/ firliki

    Brzmi to wszystko razem bardzo, bardzo zachęcająco, a że odczuwam ostatnio duże łaknienie na dobrą książkę to chyba sięgnę niebawem.