Suwerenność dla małych dziewczynek

Myla i Jon Kabat-Zinnowie w Darach codzienności, które wywarły na mnie ogromne wrażenie przywołują przypowieść o tym, czego pragną kobiety. Pytanie, jak wiadomo wszem i wobec, wyeksploatowane przez popkulturę, chyba jednak nie doczekało się satysfakcjonującej odpowiedzi. Ale Kabat-Zinnowie mają trafną intuicję. W przywoływanej przypowieści zmagający się z tym pytaniem król spotyka wyjątkowo szpetną wiedźmę, która w zamian za wiedzę tajemną żąda małżeństwa z księciem. Król, o dziwo, znajduje ochotnika. Nietypowe małżeństwo zostaje zawarte. Jak to zwykle bywa, okazuje się, że wiedźma mogłaby stać się piękną księżniczką, gdyby młody mąż podjął właściwą decyzję, gdyby wiedział, czego kobiety pragną najbardziej.

Trochę go trzeba było naprowadzać. Ale obdarzony empatią książę domyślił się i pozwolił swojej żonie zdecydować. I o to właśnie chodziło. O suwerenność.

Kabat-Zinnowie wykorzystują tę opowieść, by napisać kilka ważnych zdań o suwerenności dziecka rozumianej jako prawo do szacunku, wychowywaniu w empatii i liczeniu się ze zdaniem dziecka. Bez względu na płeć. Mają rację, jest ona potrzebna każdemu z nas. Ale w innym miejscu Myla pisze o suwerenności dziewczynek.

Całkowita akceptacja i uznanie suwerenności ważne dla wszystkich dzieci, mają szczególne znaczenie dla dziewcząt. Ponieważ zachowanie zdrowia i pełni osobowości w społeczeństwie, które je ogranicza swymi oczekiwaniami, wymaga znalezienia własnej drogi i wyrażania w sposób niepowtarzalny własnej natury.

Dlaczego suwerenność? Nawet przeszukując internet pobieżnie nieustannie napotykam na konsekwencje braku suwerenności w kobiecym i dziewczęcym życiu. Począwszy od głośnej sprawy molestowania w jednej ze stacji telewizyjnych, poprzez ten wpis o przemocy finansowej wobec kobiet i podobny artykuł w „Polityce” aż po zjawisko sekstingu. Przykłady można mnożyć. Skrypt jest ten sam, choć przyczyny nierzadko różne i skomplikowane. Zawsze jednak chodzi w pewnym sensie o brak granic, nieumiejętność zarządzania własną suwerennością. Nie mądrzę się tutaj, nie ustawiam się w pozycji autorytetu czy nadkobiety wolnej od wszelkiego rodzaju konwenansów czy presji, sama miewam z tym problemy, choć na innej płaszczyźnie niż w opisanych przykładach. Zawsze wtedy, gdy przystaję na rozwiązanie, które nie do końca mi pasuje, gdy potulnie milczę, kiedy ktoś chamsko narusza moje granice, gdy brakuje mi tupetu w słusznej sprawie, kołacze mi po głowie myśl, że coś jest nie do końca tak z tą suwerennością.

Są oczywiście dziewczyny, nie takie znowu nieliczne, które na różny sposób walczą o swoje prawo do własnych decyzji i poglądów. Ich determinacja jest czasami godna podziwu, jak w przypadku Oli z jednego z poznańskich (renomowanych!!) liceów, która napisała poruszające świadectwo dotyczące nieobecności feminizmu w przestrzeni szkolnej. Są dziewczynki, które przestają być grzeczne. Są mamy, które wychowują swoje córki na śmiałe i odważne dziewczyny. A z drugiej strony są też kobiety znane, funkcjonujące w przestrzeni publicznej, które zarzekają się, że nie są feministkami (choć, tego już nie dopowiadają, korzystają ze zdobyczy feminizmu), które z różnych względów podważają sens jego zdobyczy. Jest ich cała plejada: od Grażyny Kulczyk („Nie muszę walczyć o to, co mają mężczyźni. Ja to po prostu mam”), poprzez nieżyjącą już Annę Przybylską („Ja się feministką nie czuję. Na przykład jeśli chodzi o parytet, to wiem, że jest potrzebny, ale wolę, żeby to inne walczyły o moje prawa. Wynika to pewnie z faktu, że dużo mi się w życiu udało”) czy różne dziennikarki aż po prawicowe posłanki, które gotowe są ogniem i mieczem walczyć z rozpadem rodziny, konwencją do spraw przemocy, liberalnymi pomysłami dotyczącymi kobiecej płodności, z bezpiecznej pozycji kogoś, kto robi karierę podczas gdy ktoś inny zajmuje się w tym czasie dziećmi i rodziną oraz podejmuje na tyle sowite poselskie pensje, by nie przejmować legislacyjnymi konsekwencjami swoich działań.

Hmm. Ach to brzydkie słowo na eF… Myślę o nim inaczej, myślałabym o nim inaczej nawet gdybym „miała to, co mają mężczyźni” czy nawet gdybym lubiła piec pierogi i była idealną westalką domowego ogniska. Nie mam i nie jestem. Daleko mi. Nie walczę ze sztandarem w ręku, choć zgadzam się z Riennaherą, wstyd nie być feministką. Myślę o feminizmie przez pryzmat własnej suwerenności, kobiet mi bliskich, kobiet w zbliżonej do mnie sytuacji, ale przede wszystkim przez pryzmat suwerenności mojej córki. 

Czy mogę coś zrobić dla małej dziewczynki, żeby wspomóc jej suwerenność? Och, wbrew pozorom, mnóstwo rzeczy. Mogę jej po prostu pokazać inny skrypt, będąc jednocześnie przekonaną, że świat i  tak bez mojego udziału wyposaży ją w wiedzę „co dziewczynka powinna a czego nie”. Mogę wspierać jej pasje, bez względu na to, czy są dziewczęce czy nie: jeszcze niedawno chciała zostać strażakiem i tancerką jednocześnie. Mogę dbać o to, by bajki, które ogląda i książki, które są jej czytane, były dostosowane do jej wieku i nie zawężały jej wyobrażeń o tym, co jest przypisane danej płci. Niekoniecznie więc „dziewczęce”, co po prostu dla niej ciekawe, dopasowane do pasji i zainteresowań.

A jeśli już dziewczęce… Portal Mighty Girl stworzył listę książek dla dzielnych dziewcząt opiewającą na ponad 200 pozycji – jakaż mogłaby to być inspiracja dla polskich wydawców! I jeszcze dłuższą listę filmowych inspiracji. Jest z czego wybierać. Otwiera to perspektywę rewindykacji dziewczęcego kanonu, który zwłaszcza w swojej księżniczkowej odsłonie niespecjalnie już chyba przystaje do świata współczesnej dziewczynki. To się zresztą dzieje na różnych, nierzadko kontrowersyjnych i trudnych do zaakceptowania dla niektórych odbiorców, poziomach. A mimo to ten kanon żyje i ma się dobrze, zmultiplikowane wersje opowieści o księżniczkach są ciągle podchwytywane przez popkulturę i ciągle podpowiadają dziewczynkom, co powinny robić, a co nie. Jest wiele kobiet, które lubią myśleć o swoich córkach jak o księżniczkach i pielęgnować w nich księżniczkowaty etos. Oczywiście, że mogą, to ich córki. A ja, nic na to nie poradzę, myślę wtedy intensywnie o tych wszystkich własnych i cudzych nieodbytych lekcjach z suwerenności, o tych wszystkich zbójeckich dziewczyńskich lekturach, które podpowiadały mi, że dziewczynka powinna być grzeczna i potulna…

Nic więc dziwnego, że my, jak się można domyślić, jesteśmy raczej na bakier z kanonem. Ćwiczymy się w suwerenności. Z przewrotnie dziewczyńskich lektur ostatnio najchętniej sięgamy po Księżniczki i smoki Christiny Bjork. W tej przekornej wersji księżniczki są silne, samodzielne, osiągają, co chcą i absolutnie nie dają się porwać smokom. Gra konwencją czasem może nawet bardziej bawi dorosłych niż dziecko, to częste ryzyko książek skierowanych do różnych wiekowo. No i nieśmiertelna Pippi. Oraz nasza polska Basia, o której już trochę pisałam. Poza tym lubimy i chłopackie, i dziewczyńskie książki, czyli dobre książki dla dzieci niezależnie od płci. Tak samo mamy z bajkami. Na razie dziękujemy bajeczkom o kucykach Pony czy o młodocianych piosenkarkach, choć niewykluczone, że kiedyś nas dopadną. Uwielbiamy za to bajki przygodowe, starego dobrego Bolka i Lolka oraz idealnie dopasowaną do jej rozwoju bajkę o Charlie’m i Loli, z bohaterką wręcz uszytą na jej miarę.

Nie robię tego wszystkiego sama, nie wsączam w moją córkę podstępnie treści dzięki którym ma znienawidzić mężczyzn. Moja córka ma fajnego tatę, który nie musi się bać tego niepokojącego słowa na eF. Tak jak  – jak dowiadujemy się z brytyjskiego Elle – nie boi się go wielu aktorów i celebrytów zaangażowanych w tę akcję. O pożytkach z feminizmu dla mężczyzn i chłopców można by długo. Może innym razem. W tym miejscy ważne jest, że na poziomie rodziny to nie są zawody, o to kto kogo zdominuje, czy chłopcy są lepsi od dziewczynek czy dziewczynki od chłopców, to jest wspólna piaskownica, wspólne zabawki i wspólna praca nad tym, by nikt nie czuł się zdominowany.

 Ps. A Wy jakie macie lekturowe i filmowe patenty na wspieranie dziewczęcej suwerenności?

Zdjęcie pożyczyłam stąd [klik]

  • http://o0krysia0o.blogspot.com o0krysia0o

    No najlepszym patentem jest chyba swój własny przykład, bo cóż z mówienia, jeśli te mówienie/czytanie/oglądanie się rozmija z tym co dziecko na swe własne oczy na codzień widzi? Ta suwerenność to temat rzeka i najbardziej boli że tyle kobiet już dojżałych siedzi w tych ko wenansach i schematach i swe dzieci w nie wtłacza nawet nie mając świadomości że można inaczej. Chyba strasznie głęboko w naszej kulturze tkwi co kobieta musi, a co mężczyzna może… Choć małymi kroczkami to się powolusiu zmienia na szczęście 🙂 I wielka w tym rola mężczyzn, którzy w kobietach widzą partnerki, a nie służebnice!

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      Otóż to. Zgadzam się bez dwóch zdań – własny przykład. Najlepiej płynący od obojga rodziców.

  • Karolina

    Dziękuję Ci za ten wpis. Dzięki niemu porozmawiałam z synem o feminiźmie i historii kobiet. Nie mam córki ale synów. Mam nadzieję, że przykład jaki im dajemy sprawi, że będą feministami.

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      A ja ogromnie dziękuję za ten komentarz, bardzo mi miło. Lekcje feminizmu dla synów również bardzo potrzebne. Ja z kolei jeszcze nie mam, ale spodziewam się, więc takie rozmowy też przede mną.

  • http://thinkwatchwrite.wordpress.com Anik Jaworska-Guidotti

    [czytam ten wpis nie wiem już który raz…tak mi z nim dobrze] hum, w pewnym momencie żywota okazało się, że jestem dziewczynką. w związku z tym, nie mogłam być już Indianinem i biegać z łukiem po lesie. moje plemię (w większości męskie) jakoś tak nagle zupełnie z jasnego nieba zadecydowało, że ‚mam się domem zająć aka tipi no i gotować, wiadomo’ (wiadomo?). było to dziwne. z jaką ulgą, jako 6-7latka powitałam w moim światku księżniczkę Leię. Inne były strasznie nudne – ciągle tylko spały albo na coś smętnie czekały, a ona wiedziała jak przyłożyć brzydalowi-stormtrooperowi, żeby się poskładał 😉 Z perspektywy czasu tak myślę, że chyba jednak więcej miałam literacko/kulturowych wzorców męskich, więcej książek napisanych przez mężczyzn, więcej wszelakiej maści Indianów Jonesów dookoła. A jak się pojawiała jakaś super-bohaterka to się musiała od razu zakochać i zlitować i dać ‚udomowić’. Eh, tak jakby w tym świecie trzeba było zawsze ‚machniom’: przebojowość za miłość. Trochę frustrujące, że postać kobieca nie może sobie tak po prostu czegoś ciekawego robić, poza kontekstem wiecznego zakochiwania się. Przecież na tym polega przygoda, żeby coś zrobić, takiego ‚poza płcią’ – pójść gdzieś, zobaczyć coś, znaleźć skarb… rany, jak ja zazdrościłam Nibylandii Zagubionym Chłopcom! (o gdzie Zagubione Dziewczynki??!!…nie liczę Wendy cerującej skarpetki) A wiadomo, że przygoda jest najważniejsza! Irytujące dla mnie jako małej dziewczynki było też to, że więcej było w bajkach takich Migotek niż Małych Mi (oh my superhero!!! i jeszcze wszelkiej maści czarownice!), takich przekornych i niepokornych, co stawiają na swoim i chłopaki się z nimi liczą. Mała Mi to przygoda, a przygoda jest najważniejsza dla każdego! ot co!

  • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

    Dziękuję Aniku, dokładnie tak! Ja również dlatego bardzo lubię te buńczuczne bohaterki, mam wrażenie, że one dużo dobrego robią małym dziewczynkom. I widzę efekty 😉 Moja córa przychodzi ostatnio z przedszkola i mówi, że jej kolega twierdzi, że dziewczynki nie mają siły, a przecież Mamo, mówi mi, on się nie zna, to nieprawda. No nieprawda.

  • Pingback: Mała maksymalistka. Dziecko i pułapki konsumpcji | PANI POCZYTALNA()

  • Pingback: Mała maksymalistka. Dziecko i pułapki konsumpcji – PANI POCZYTALNA()