Spójrz i zwolnij. O podążaniu za dzieckiem

W tych mitycznych czasach, gdy mała nie chorowała, ja pracowałam i rano my, rodzice spieszyliśmy się do pracy, a ona była odprowadzana do przedszkola, działy się u nas sceny nie z tej ziemi. Przypuszczam, że nie jesteśmy rodziną pod tym względem wyjątkową. Sposobów na opóźnianie wyjścia przez trzylatkę jest bez liku, włącznie z „gubieniem” przygotowanych wcześniej rajstop i dzikich gonitwach po mieszkaniu w samych majtkach. My również, co tu ukrywać, nie należymy do rannych ptaszków. Tak, przyznaję, ciężko wstać pół godziny wcześniej i uczynić z porannych wyjść poranną idyllę, w której nikt nie zajmuje zbyt długo łazienki, w domu pachnie kawą, a przygotowane śniadanie czeka na pięknie posprzątanym kuchennym stole. Pozostawał więc chaos, pośpiech i nerwówka. Używaliśmy wielu słów niemagicznych typu: „już”, „szybko”, „natychmiast” „nie mamy czasu”, ale żadne z nich zaklęcia, dziwnym trafem zawsze działały odwrotnie.

– Córka, szybko, ale to już – mówi jej tata.

– Tato, „szybko” to brzydkie słowo, ja lubię tylko wolno.

Podobnie wyglądały powroty do domu. Zwłaszcza w te dni, gdy miałyśmy dalsze plany. Z głową pełną biurowych spraw siadałam naprzeciwko trzylatki i denerwowałam się, że nie ubiera się wystarczająco szybko. Im bardziej się gotowałam w sobie, tym wolniej nam szło. W zasadzie nie szło. Wszystko było ciekawsze od nawoływań poirytowanej mamy. W jeden z takich chmurnych zimowych poniedziałków, gdy śpieszyłyśmy się na tańce, nie zauważyłam cienkiej warstwy śniegu. Szybciej, proszę, nie mamy czasu, mówiłam jej zdaniami złożonymi z samych niemagicznych słów. Moje dziecko, którego sanki od dwóch lat stoją w piwnicy a śnieg zna niemal wyłącznie z piosenek o zimie i obrazków w książkach na to:

Mamo, spójrz i zwolnij. Tu jest przecież śnieg!

No faktycznie był. Zawstydziłam się i zwolniłam. Chyba spóźniłyśmy się tego dnia na tańce.

Psychologowie dziecięcy nazywają to zjawisko kompetencją dziecka. Monika Szepanik, pedagożka i trenerka komunikacji bez przemocy, wśród 7 wartości, których można się uczyć od dziecka, wymienia właśnie slow life, które rozumieć można jako uważność, głębokie zanurzenie w teraźniejszości. Mało tego, na podstawie lektury Jespera Juula i rozmów z Agnieszką Stein Marta Sapała wyróżnia 10 obszarów, w których jesteśmy kompetentni od urodzenia. Wśród nich niektóre są naprawdę przełomowe. Uspołeczniony? Samodzielny i skłonny do eksperymentu? Ależ tak, właśnie tak. Jest taki moment rodzicielstwa, w którym orientujesz się, że „wychowywanie” rozumiane jako nakłaniane dzieci do posłuszeństwa nie wystarczy i nie sprawdza się w praktyce. Przynajmniej na moim dziecku. Moje własne dziecięce wspomnienia podpowiadają mi, że rodzice byli skuteczniejsi, gdy rozmawiali lub po prostu byli, a nie poprawiali mnie na swoją modłę. Z tej perspektywy okazuje się, że otwartość na to, co dziecko ze sobą przynosi ze sobą najzwyczajniej w świecie wzbogaca.

Trochę się od tego czasu u nas zmieniło. Może nie jest to zmiana duża, ale znacząca. Wciąż się czasem spieszę, wciąż się czasem irytuję, zdarza mi się rozpocząć z nią rozmowę z głową gdzie indziej. Wtedy najczęściej słyszę się mówiącą same niemagiczne słowa. Zatrzymuję się w pół zdania, gryzę się w język, zmieniam ton. Może się wreszcie kiedyś nauczę. Bo wygląda na to, że choć to ja ją mam „wychowywać”, to ona w niektórych sprawach jest mądrzejsza ode mnie i to ja się mogę od niej wiele nauczyć. Że „szybko” to brzydkie słowo. Że dawno niewidziany śnieg jest wystarczającym powodem, by zwolnić. I że poranki nie muszą być idealne, ale mogą być uważniejsze i spokojniejsze.

Zdjęcie pożyczam od wpisofsernik.pl