Rodzic w erze rozproszenia

Gdybym miała wskazać, co jest najbardziej szkodliwe dla życia rodzinnego, byłby to bez wątpienia brak czasu i brak uwagi. Żyjemy pod magnetycznym wpływem pochłaniaczy czasu, którym bez wahania oddajemy nasze najlepsze godziny. Symulujemy uwagę, którą poświęcamy naszym bliskim, w tym na nieszczęście również naszym dzieciom. A jednocześnie – wyćwiczeni w wielozadaniowości – szybujemy w przestworzach nieuwagi, posiłkujemy się pochłaniaczami czasu.

Smutne. A jeszcze bardziej smutny jest fakt, że niemal nikogo ten szał nie omija. Ja sama mam ostatnio problem z czasem. Czas się kurczy, zadania się piętrzą, umysł próbuje za nimi nadążyć, a ręce wkładają się w same w kilka spraw jednocześnie. Zarazem pochłaniacze, niekiedy skutecznie, domagają się mojej uwagi. Niedobrze, oj niedobrze. Miotam się, sprzeciwiam i mówię nie. Toczę więc grę o wspólny, dobry jakościowo czas, która rozgrywa się na tylu różnych poziomach, że wymaga nieustannego stawiania sobie pytania o to jak wykorzystuję dany mi czas..

W sieci i w codziennej krzątaninie. Utrzymać uważność w życiu rodzinnym 

Wielozadaniowość to temat rzeka i myślę, że niezależnie od tego, co podpowiadają poradniki, nie da się jej współcześnie całkowicie uniknąć. Jesteśmy przetrenowani w multitaskingu, tego najczęściej wymaga się od nas w pracy. W podobny sposób próbujemy funkcjonować w życiu rodzinnym. Chyba robimy to zupełnie nawykowo.

W związku z tym utrzymanie uważności przy dziecku to nieustanne podejmowanie wyzwania. Często wspólny (pozornie) czas bezrefleksyjnie przeznacza się na inne sprawy. Być w samym środku potoku zdarzeń i opowieści, które zajmują żywiołową i rozgadaną czterolatkę, w momencie, w którym marzy się o ciszy i spokoju, wymaga naprawdę ogromnej koncentracji i morza cierpliwości. Przynajmniej ode mnie. Łapię się więc na tym, że gdy spędzam czas z moim jedynym na razie dzieckiem, coś nieustannie odwraca moją uwagę. Tylko coś sprawdzę w sieci, myślę sobie. Tylko coś dokończę. To niestety totalna pułapka, bo sieć zasysa i potrzeba wiele dyscypliny, by powiedzieć jej nie. Wyznaczam sobie więc detoksy informacyjne, odcinam się, choć ciągle – mam wrażenie – nie dość skutecznie.

10731057_871011389590209_5776310874290030030_nNie inaczej jest z domową krzątaniną, która jest formą wielozadaniowości i w podobny sposób pochłania nasz wspólny czas. W zasadzie, no cóż, przy żywiołowym dziecku, które domaga się uwagi jest to działalność totalnie bezproduktywna. Po takim „rzekomo wspólnym” popołudniu pozostaje trudna do opanowania frustracja i brak energii, którą wykorzystało się na robienie kilku spraw na raz. Wypadałoby wówczas praktykować tumiwisizm jak na załączonym obrazku.  Hmm.

Inni rodzice w akcji. Czego można się nauczyć z obserwacji.

Jedną z lepszych lekcji rodzicielstwa jest dla mnie przyglądanie się innym rodzicom w akcji. Spotykam na swojej drodze różnych, z różnymi pomysłami na wychowanie. Chyba niestety częściej widzę tych znużonych, z niecierpliwością poganiających dziecko, z telefonem przy uchu lub w ręku, którzy czas z dzieckiem spędzają tylko pozornie. Najczęściej przy tym milcząco oczekując, że inny rodzic zajmie się w tym czasie ich dzieckiem: pohuśta, zerknie, gdy trzeba, zażegna konflikt.

Ale zdarzają się piękne wyjątki. Czekając na koniec zajęć tanecznych Córki, spędziłam wczoraj 10 minut, wraz z mamą, która nie miała problemu ze skupieniem, serdecznością i cierpliwością nie tylko wobec dwójki swoich dzieci. Siła spokoju i uwagi, którą obdarzała swoje dzieci, była naprawdę imponująca. Prowadziła z dziećmi autentyczną rozmowę, wyraźnie im sygnalizując, że właśnie mają swój wspólny czas. I rzeczywiście go wspólnie spędzili. Gdy dzieci zniknęły na własnych zajęciach, mama wyjęła smartfona, nałożyła słuchawki i pochłonęła się własnymi sprawami. Przyglądając się z boku, byłam jej wdzięczna za cenną lekcję mądrego gospodarowania czasem.

Weekendowa rozrywka. Jak stracić czas pod pretekstem wspólnego wyjścia… 

Dwa wolne dni minionego weekendu spędziłam w sposób tak diametralnie różny jak można sobie wyobrazić. Przynajmniej w części. Dysonans między nimi dał mi wiele do myślenia. W sobotę znaleźliśmy się z dzieckiem w zacisznej, dość zaniedbanej stadninie koni, gdzie córka pierwszy raz w życiu jeździła na kucyku. Od dwóch dni nie mówi o niczym innym.

Dzień później trafiliśmy na „krótką chwilę” do galerii handlowej. Krótka chwila okazała się godziną. Od pewnego czasu świadomie pilnujemy się, by nie spędzać tak weekendów i do minimum ograniczać wizyty w takich miejscach. Mimo wszystko – była to jednak godzina spędzona w tłumie ludzi:  powolnych galeryjnych spacerowiczów, kolejkowych staczy i biegaczy, którzy właśnie ukończyli odbywający się w Poznaniu półmaraton. Napotkałam przynajmniej kilkanaście rodzin z małymi dziećmi: od malutkich wożonych w wózkach, poprzez kilkulatków przemierzających niezbadaną trajektorią galeryjną przestrzeń, aż po starsze dzieci smętnie snujące się za rodzicami. Wszystkie, którym miałam okazję się przyjrzeć, miały ze sobą coś wspólnego: były do bólu wystylizowane i miały znużenie w oczach. To była taka piękna, ciepła niedziela, zrobiło mi się tak dogłębnie szkoda mojego czasu, czasu mojego nie tak rewelacyjnie wystylizowanego dziecka, ale przede wszystkim wszystkich tych dzieci, które spędzały tam długie, długie godziny… Na szczęście wciąż mieliśmy jeszcze kawał niedzieli i dobre wspomnienia z soboty.

Recepty?

Odpowiedzią na te wszystkie wątpliwości są dobry jakościowo czas i uwaga. Po prostu. Bez przeszkadzajek, pochłaniaczy i innych wynalazków. Wspólne wyprawy w miejsca niekoniecznie reprezentatywne, które wiążą się z autentycznymi wrażeniami, a nie z wrażeniami na pokaz. Czasem drobiazgi, wspólnie odnotowywane przemiany wiosennej przyrody. Brak pośpiechu i częściowa rezygnacja z wielozadaniowości, choć na chwilę, choć na moment.

Same banały. Z niewyjaśnionych jednak przyczyn trudno te wszystkie oczywiste recepty wprowadzić w życie. Nie zmienia to faktu, że wciąż na nowo podejmuję próby, łapię się wspólnych chwil i staram się świadomie, uważnie wykorzystać wspólny czas. I zawsze kiedy się staram, staję się odrobinę lepszym rodzicem. I co zdumiewające, mój kurczliwy zazwyczaj czas jakoś mi się wtedy tak dobrze, leniwie rozciąga…

Źródło zdjęcia [klik]. Grafika pożyczona z od Matki po godzinach [klik]. Po godzinach zajrzyjcie koniecznie.