Rodzeństwo w drodze. Testujemy książki

– Mamo, a co zrobimy jak dzidziuś zbliży się do… nożyczek, noża, jeża, prądu, widelca, jaszczurki, monety, kreta, klocków? – pyta mnie ostatnio Córka. Niekiedy przynosi ze sobą lalkę dzidziusia i odgrywa wszystkie niepokojące ją sytuacje. To pytanie i ta zabawa powraca w kilkunastu mniej lub bardziej zaskakujących wariantach. We wszystkich oczywiście starsza siostra stawia czoło zagrożeniu, ale jak będzie w życiu?

Tak, szykujemy się na rodzeństwo. I naszym zwyczajem czytamy książki, które mają przygotować całą naszą trójkę do rewolucji, bo i my, i ona nie wiemy przecież jak będzie. Z pomocą literatury próbujemy zatem wyprzedzić emocje, które mogą się pojawić. Czytamy więc w tym temacie sporo, najczęściej pożyczamy, bo interesuje mnie pełne spectrum dziecięcych emocji, żeby jak najwięcej z dzieckiem przerozmawiać. To jest moje główne kryterium – emocje przeżywane z perspektywy dziecka. Czytamy z różnych perspektyw, to wiadomo. Ja lubię bohaterów nieidealnych, niespecjalnie grzecznych i nie przepadam za morałami. Ona chłonie, dopytuje się, powtarza. Myśli, jak to będzie. Ja też.

Oto rezultat naszych testów.

1) Zuzia i nowy dzidziuś, Evy Wenzel-Burger i Liane Schneider, wyd. Media Rodzina

mm_zuzia_i_nowy_dzidziusLubimy Zuzię, choć niejednakowo. Prawdę powiedziawszy, Córka lubi Zuzię bardziej niż ja. Niektóre książeczki z tej serii przypadły nam do gustu i pomogły przerozmawiać trudne tematy, część z nich, moim zdaniem, jest jednak zbyt dosłownie moralizatorska. To właśnie przypadek tej książeczki. Może to efekt głównej bohaterki, która jest dzieckiem idealnym? Może Zuzia sprawdza się w instruktażowych tematach, kiedy za jej pomocą można podpowiedzieć dziecku, co zrobić, gdy zgubi się w sklepie czy zaczepi ją nieznajomy? Tymczasem „Zuzia i nowy dzidziuś” niesie ze sobą dość uładzoną wizję pojawienia się rodzeństwa. Zuzia pewnego dnia odkrywa, że mamie urósł brzuch, bo je za dużo. Mama wyprowadza ją z błędu, to ciąża, nowy braciszek pojawi się wkrótce. Podekscytowana Zuzia zagląda do wózków na spacerze, chętnie dzieli się swoim pokojem, w którym odbywa się remont. Gdy mama jedzie do szpitala i wraca z braciszkiem, Zuzia cieszy się, ćwiczy na lalce, obserwuje pielęgnacyjne zabiegi rodziców na spacerach dumnie pcha wózek z braciszkiem. Kurtyna. Cukierkowo prawda? Nie do końca przemawia do mnie taki pozbawiony złych emocji obraz przełomowego skądinąd wydarzenia w życiu dziecka. Jagnie chyba też ta część podoba się umiarkowanie, czytamy kilkakrotnie i odnosimy do biblioteki. Tym samym nie przebija jej ulubionej aktualnie książki z serii, jak Zuzia gra w piłkę nożną.

2) Tupcio Chrupcio. Mam rodzeństwo, Eliza Piotrowska, wyd. Wilga

large_tupcio-chrupcio-mam-rodzenstwo-wilgaTupcio Chrupcio, mała myszka, to również bohater serii książeczek. Jest może trochę mniej idealny niż Zuzia, ale jego przygody również opatrzone są wyrazistym morałem, z czym ja mam pewien problem. Jagna darzy Tupcia umiarkowaną sympatią, miewa fale zainteresowania i wtedy sięgamy do jego przygód częściej, ale chyba generalnie mała myszka nie należy do ścisłej czołówki jej ulubieńców. W tej części Tupcio dowiaduje się, że będzie miał rodzeństwo, wybiera się nawet z mamą do lekarza na badania. Z niecierpliwością czeka na brata, snując wizje, jak będzie się z nim bawił w piłkę. Oto jednak rodzi się siostra, Tupcio przeżywa zawód i daje wyraz swojemu rozczarowaniu. Siostra pochłania uwagę rodziców i gości, którzy przynoszą jej dużo prezentów. Tupcio jest rozgoryczony i przygnębiony, finał przynosi jednak pozytywne rozwiązanie – Tupcio pozostaje bohaterem we własnym domu i odnajduje na nowo swoje miejsce w rodzinie. Polubiłam Tupcia za trudne emocje, które przy okazji lektury mogłyśmy z córką przegadać, ona zaś najwyraźniej zasugerowała się bohaterskim finałem książki i co chwilę prezentuje swoją odpowiedzialność w wyimaginowanych sytuacjach. Trochę mi tylko przeszkadza to cudowne zakończenie, przerastające możliwości małego dziecka, które przecież nie musi być bohaterem by być kochane

3) Basia i nowy braciszek, Zofia Stanecka, wyd. Egmont

75912071_basia-i-nowy-braciszek_0_240x320_FFFFFF_scl_1Moja sympatia do Basi jest szczególna. Niezła z niej łobuziara, a i rodzinę ma normalną, nieidealną. Jest nieugrzecznioną dziewczynką, narysowaną przy tym nieoczywistą kreską, co wyjątkowo w książkach dla dzieci cenię. Dla Córki jest wciąż bohaterką nową, nie do końca jeszcze rozpoznaną, bo wczytujemy się w nią od niedawna. Ja dbam o to, by w naszych pokaźnych bibliotecznych łupach zawsze znalazła się jedna z książek o Basi. Basia i nowy braciszek zaczyna się w momencie, w którym mama jest w szpitalu z małym bratem, a Basia nie może doczekać się, by ją odebrać. Gdy to wreszcie nadchodzi, wszyscy trochę gubią się w emocjach: tata z przejęcia gubi się w szpitalu, Basia chce się przytulić do mamy, ale jakoś nie potrafi. To zapowiedź zmian, bo odtąd wszystko jest inaczej. Zmieniają się rytuały rodziny, rodzice bezwiednie zachwycają się małymi paluszkami brata, a ona czuje się coraz bardziej rozgoryczona. Czuje, że traci mamę i na różne, nierzadko spektakularne sposoby manifestuje swoje rozgoryczenie. Przełamuje swoją niechęć do brata po jakimś czasie, podczas spaceru z tatą, tylko ona potrafi uspokoić maluszka – czuje się więc znowu ważna i potrzebna. Momentami jest to mocna lektura, i dla mnie, i dla dziecka. Córka wielokrotnie do niej wracała, wspominała, zastanawiała się nad postawą bohaterki. Ja doceniłam w niej bardzo mocno zarysowaną perspektywę dziecka, dla którego poukładany świat rodzinnych rytuałów wywraca się nagle do góry nogami.

Prześledziłam recepcję wyżej wymienionych książek i wygląda na to, że odbiegamy od średniej czytelniczej. Znalezione przeze mnie recenzje innych mam doceniają książki, które łagodniej przedstawiają emocje starszego dziecka. Choć i Basia ma swoich entuzjastów. Mimo że skłaniałabym się ku tych drugich i z przyjemnością dołączyłabym do fan clubu Basi, w książkach o pojawieniu się młodszego rodzeństwa szukam pełnego spectrum emocji: i tych dobrych: ekscytacji, opiekuńczości, oczekiwania; i tych trudnych: rozgoryczenia, przygnębienia, zazdrości. O walorach rozmowy o emocjach i płynącej z niej lekcji empatii nikogo przekonywać raczej już nie trzeba, nie tylko rozwija inteligencję emocjonalną dziecka, ale i stanowi podwaliny bliskościowego rodzicielstwa. I choć sama lubię teksty niewyidealizowane, niekoniecznie z morałem, ustawiające dziecko z jego wadami i zaletami  w centrum opowieści, w tym konkretnym temacie staram się czytać rzeczy różne, żeby dostarczyć córce różnych języków do opowiedzenia o rewolucji, której niebawem stanie się częścią. A ona? Ekscytuje się rolą starszej siostry, wiadomo, a jako czytelniczka chyba chętniej wraca do tych książeczek, które prezentują trudniejsze emocje, dłużej o nich myśli i więcej chce o nich rozmawiać.

Szukamy jednak dalej. Wciąż. Może macie jakieś pomysły?

Zdjęcia okładek: Zuzia i nowy dzidziuś, Tupcio Chrupcio. Mam rodzeństwo, Basia i nowy braciszek.

Na zdjęciu rozpoczynającym post mama w ciąży made by Córka.

  • https://plus.google.com/105701253901204443816 Eli Milamalim

    Zuzia i nowy dzidziuś mnie zaciekawiła i pomimo braku złych emocji uważam, że właśnie to może pokazać, że normalne jest dzielenie się pokojem. Dobrze jest czasami wrzucić w główkę dziecka taki idealny obrazek, złych nie brak i na pewno go nie ominą 🙂
    Ja polecam http://elimilamalim.blogspot.com/2015/01/dzisiaj-nie-czytam.html

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      To akurat fakt, dzielenie się pokojem nie występuje w żadnej innej przeczytanej przez nas książce, tylko u Zuzi. Mimo że mamy bardzo małe mieszkanko i prędzej czy później dzieci będą musiały dzielić przestrzeń, zbagatelizowałam to w tej pierwszej lekturze, bo nie od tego zaczniemy. Nie wyobrażam sobie noworodka w pokoju ze starszym dzieckiem, tylko blisko rodziców, stąd nie będzie to pierwsza zmiana, której doświadczy moja córka. Niemniej, tak, masz rację, do tego będzie można wrócić w przyszłości.

      Ps Przeszukałam szybko internet i wychodzi mi, że ta część Conni, czyli niemieckiego oryginału ukazała się w 1997 roku. To by tłumaczyło pewną archaiczność tekstu. Teraz już rzadziej tworzy się tak idealnych bohaterów jak Zuzia. I podkreślam, przy innych książeczkach z serii, nie męczy mnie to aż tak.

  • http://receinogi.blogspot.com/ Ręce i nogi

    A może Zakamarkowe „Ładnie, Bolusiu!”?

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      O Boluś, to jest myśl, dziękuję. My znamy tylko „Ależ Bolusiu”, bardzo lubię tę książkę. Przeczytałam opis i ten „Boluś” byłby chyba lepszy dla odrobinę młodszych dzieci, czy tak jest faktycznie? Moja córa ma blisko 4 lata.

      • http://receinogi.blogspot.com/ Ręce i nogi

        Na pewno odpowiedni również dla młodszych, ale myślę, że czterolatka też będzie miała o czym rozmyślać po lekturze. 😉 Inne inspiracje u Olgi: http://www.otymze.pl/2014/02/rodzenstwo-literatura.html

        • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

          Dziękuję, wordpress chyba nie polubił linka i komentarz dostał się do spamu. A mnie się tam link podoba 🙂

      • http://makiwgiverny.blogspot.com majka

        Boluś nie jest dla młodszych dzieci, albo inaczej: Boluś jest i dla młodszych i dla starszych. Moi prawie sześciolatkowie uwielbiają Bolusia, ja zresztą też 😉 Śmiało, czytajcie!

        • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

          „Ależ Bolusiu”, które czytamy jest również dla młodszych i starszych. Powiedziałabym nawet, że jest także trochę dla dorosłych. A tutaj ten konflikt o smoczek mnie zmylił, trochę z perspektywy mojego nigdy-nie-smoczkowego dziecka abstrakcyjny. Ale może faktycznie sięgniemy.

  • http://pieceofsimplicity.blogspot.com Natalia

    Ja przez prawie 7 lat byłam jedynaczką i pamiętam, trochę przez mgłę, jak mama przygotowywała mnie na to, że będę miała brata. Czytała książki, opowiadała o zabawach w które rodzeństwo może się wspólnie bawić i wciąż powtarzała, że niedługo będę starszą siostrą i będę musiała dbać o mojego małego brata. I pomyśleć, że dzisiaj „mały brat” jest już na studiach 😉

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      Ja jestem jedynaczką, nie mam więc żadnego doświadczenia w temacie, działam intuicyjnie i trochę po omacku. Próbuję znaleźć balans między opiekuńczością i odpowiedzialnością, którą też się staram córce przekazać a faktem, że czterolatka to jeszcze wciąż małe dziecko i nie zależy mi, by obciążać ją ponad miarę. No i biorę pod uwagę różne trudne emocje, które mogą się pojawić u dziecka będącego do tej pory centrum naszego świata. Zobaczymy. W teorii sporo mamy opanowane a praktyka jak to praktyka i tak nas czymś zaskoczy.

  • http://o0krysia0o.blogspot.com/ Krysia

    Basia rządzi!! Ja do dzisiaj nie umiem przeczytać „Basi i Mamy w pracy” bez trzęsącej się brody ze wzruszenia, czego Karola (lat pięć) może do końca nie rozumie… (ot! nie rozumie i już!)
    A dzieciom, stety niestety, są potrzebne proste przekazy i morały są jak najbardziej wskazane – tak psychologicznie w ich rozwoju im to pomaga – będą większe, to się powoli będzie zmieniać.
    Ale lukrowanych bajeczek o spokojnym, bezproblemowym i słodkim życiu też nie lubię! Choć widzę po Karoli, że ona właśnie lubi jak jest pięknie, ładnie i wszyscy się lubią – takie bajeczki póki co woli i każe sobie opowiadać (bo my właśnie jesteśmy na etapie „opowiedz mi bajeczkę”, a nie „przeczytaj mi bajeczkę” – czytamy tylko jak sił brak na wymyślanie nowych historii 😉 )
    Buziole!!!

  • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

    Tak, seria o Basi jest fajna, całej jeszcze nie znamy, ale systematycznie uzupełniamy braki i polujemy w bibliotekach. Lubię takie łobuziarskie dziewczynki i lubię niecukierkowe rodziny. Za cukierkowymi historiami Jagna chyba jednak nie przepada, z morałami różnie bywa – bo są też tak podane morały, które nawet dorosły czyta z przyjemnością.

    • Joanna

      Pięć lat temu byłam na tej samej ścieżce – wrażliwa delikatna pięciolatka w domu i braciszek w drodze. Podobnie też uważałam, by nie zburzyć jej swiata i nie zachwiać pozycji – pierwszej, jedynej, najważniejszej.
      I podnobnież jestem jedynaczką, zatem emocje związane z pojawieniem się rodzeństwa byly mi obce jak smak pomarańczy w maju w czasach słodkiego dzieciństwa…
      W swoich poszukiwaniach lektury, ktora mogłaby nam pomóc oswoić nową sytuację natknęłam sie na wydanie Astrid Lindgren „Ja też chce mieć rodzeństwo” (Zakamarki).
      Początkowo, czyli jeszcze w ciązy byłam zdziwiona jednak niezbyt świeltaną rolą, jaką jest „starszorodzeńswto” przedstawione w tej książeczce. Po siedmiu tygodniach od urodzenia się braciszka (tego wyczekanego i wycałowanego przez Siostrę), okazalo się, że wersja nie jest brutalna, jest prawdziwa. Gdy opadły emocje, gdy dom zaczął życ według nowego rytmu, okazalo się, ze „mogłem poprosic o rowerek”…
      Dzięki takim książeczkom dzis wszyscy żyjemy w zdrowiu psychicznym, czego rownież gorąco życzę.
      Joanna

      • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

        Dziękuję za ten komentarz. Ja też widzę entuzjazm, ale przeczuwam problemy – to jest w końcu rewolucja.

  • Joanna

    Tak, to jest rewolucja. Dla wszystkich w domu. Ale przychodzą i takie momenty, które przez ułamek, promil czasu trawionego na kłótnie i żal (mam już nastolatkę i zerówkowicza w domu), są cudowne, wesołe, słoneczne!
    Polecam te książeczkę,szczerze, bo te blaski i cienie świetnie ukazuje.
    Pozdrawiam, Joanna

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      Zdobędę Astrid 🙂 Tak sobie mniej więcej wyobrażam praktykę, różnie, z różnym ładunkiem emocjonalnym. Ale wierzę, że radości również nie zabraknie 🙂 Serdecznie pozdrawiam 🙂