Pora na dmuchawce. O powrotach do uważności

Początek wiosny dość nieoczekiwanie dla mnie samej przyniósł mi pewien kryzys. Zaczęło się banalnie, od snucia planów na przyszłość. Refleksja nad tym, co chciałabym w swojej przyszłości zmienić, jak rozwiązać pewne niepokojące mnie w teraźniejszości kwestie, zagnała mnie hen hen daleko. Jakkolwiek to zabrzmi, utknęłam głową w przyszłości, poniosło mnie znów w ślepe zaułki szacunków, planów, perspektyw i porównań. Właśnie wracam z tej niepokojącej podróży. Jak zwykle – pomogły mi dzieci i uważność. I pora na dmuchawce.

Wobec tych wszystkich myśli i wątpliwości, które kotłowały się w mojej głowie, moja córka zastosowała prostą, nadzwyczaj skuteczną technikę. Cóż z tego, że wychodziłam z nią na dwór, pozwalając jej cieszyć się wiosną, kiedy sama w głowie miałam chmurny listopad.

– Mamo, dmuchawce! Nastała pora na dmuchawce! – wykrzyknęła z charakterystyczną sobie intensywnością, gdy tylko wróciliśmy do Poznania, z naszego zimnego, kwietniowego urlopu na Podlasiu.

Faktycznie, dmuchawce. Kto wie, czy gdyby nie ona, nie umknąłby mi w tym roku ten wyjątkowy moment, gdy pola dmuchawców czekających na zdmuchnięcie, rosną na każdym okolicznym trawniku. A jest to przecież jedna z moich licznych, „dziecięcych” słabości, które skłaniają mnie ku praktyce uważności. Tak jak jesienią nie mogę się powstrzymać, by nie zachwycać się kształtem, kolorem kasztanów, co zwykle kończy się zbyt pokaźnym zbiorem, tak wiosną, nie potrafię nie skorzystać z przyjemności zdmuchiwania dmuchawców. I z zachwytu nad bańkami mydlanymi. I latawcami. I dotykiem piasku lub trawy pod stopami. Zbiera się tego trochę i myślę, że nie jestem w tym odosobniona. Dzieci to naturalni sojusznicy uważności, zwykle naturalnie praktykują radość z małych rzeczy, nawet będąc zatopionym we własnych myślach, trudno, widząc entuzjazm swojego dziecka, nie zdezerterować na chwilę ze swojej głowy i nie zakotwiczyć się w teraźniejszości.

Piszę o tym dlatego, że koncentracja na teraźniejszości i praktykowanie uważności nie jest nikomu dane raz na zawsze. To umiejętność, którą trzeba pielęgnować, pozwalać jej w sobie rosnąć, wracać do niej zwłaszcza w chwilach zwątpienia i smutku. Czasem drobny impuls potrafi sprawić, że przez dłuższy czas nasze myśli szybują daleko, daleko. Z dziećmi czy bez, warto znaleźć w sobie przestrzeń na to by się oderwać od rzeczywistości w naszych głowach. Pomagają w tym właśnie drobne sensualne doznania, którymi – wbrew wszystkiemu – wciąż potrafisz się zachwycić. Na swój prywatny użytek nazywam je kotwicami w rzeczywistości. A oprócz nich, potrzebne jest jeszcze przyzwolenie, żeby w codziennej gonitwie na ten zachwyt znaleźć czas.

Odkąd pisuję o uważności, od czasu do czasu pojawia się komentarz, że to trudne, że nie wychodzi, że trzeba włożyć wiele wysiłku, by codziennie praktykować uważność. Owszem, nie jest to proste zadanie. Nasz umysł galopuje, skłania go do tego wielozadaniowa, intensywna codzienność. I dorosłość, która co tu kryć, w dużej mierze opiera się na podsumowywaniu i planowaniu, podejmowaniu wyzwań i opracowywaniu w głowie bilansu strat i korzyści. Jest to naturalne i w pewnym stopniu konieczne. Niemniej fakt, że nie znajdujemy w tym pośpiechu chwili, by zresetować swoją głowę, naturalny i zdrowy zapewne nie jest. Warto o tym pamiętać. Ja też czasami zapominam, ale bardzo lubię sobie o tym przypominać.