Pokochać małe mieszkanie. Minimalizm przedremontowy

Zauważyliście, że gdy ogląda się wnętrzarskie strony i czasopisma, próbując znaleźć inspiracje dla małych przestrzeni, najczęściej okazuje się, że to, co uważamy jako „małe” w ogóle nie mieści się w kategorii? Ja mam wrażenie, że nieustannie oglądam przestronne wnętrza, które „udają” małe. Podziwiam więc, dajmy na to, łazienkę, w której moja własna o wymiarach 1,4 m na 1,6 mogłaby być kabiną prysznicową. No więc nie, dziękuję, to nie dla mnie. Efektownym stylizacjom tzw. „małych przestrzeni” mówimy nie, bo po co hodować w sobie frustracje?

Mała przestrzeń? Tak!

Ale sporadycznie zdarzają się prawdziwe perełki. Pewna wnętrzarska gazeta zaprowadziła mnie tutaj i mimo pewnego przeładowania bibelotami trwam w zachwycie nad zjawiskową metamorfozą małej przestrzeni. Chyba jednak, mimo wszystko, dość kosztowną, choć, jak wiadomo, to kwestia definicji. Blog Ludmiły nie tylko prezentuje różne ciekawe metamorfozy, np. niekoniecznie minimalistyczną [klik], ale i poprowadził mnie w inne ciekawe miejsca [klik].

Mała przestrzeń to jednak coś więcej, to sprawa, że tak powiem, ontologiczna. Mimo wszystko ma jednak sporo plusów. Kasia z Drogi do minimalizmu wypunktowała je  szczegółowo, więc odsyłam tu. To jednak nie wszystko. Przy dobrym nastawieniu historie dotyczące dzielenia się małą przestrzenią mogą stać się wręcz anegdotyczne (pisze to osoba, która swój doktorat napisała w kuchni, rozkładając całą niezbędną literaturę na kuchennych szafkach). Tak, mała przestrzeń uczy poczucia humoru, choć czasem o humor trudno. Ponadto – dystansu, kreatywności. Jest dobrą szkołą minimalizmu. Na innym poziomie uczy akceptacji tego, co się ma.

Remont małym kosztem

Mieszkamy w PRLowskim mieszkaniu na sympatycznym, starym blokowisku, takim z tych, gdzie wszystko jest na ludzką miarę. Odświeżamy mieszkanie raz na parę lat. Zastaliśmy je w kiepskim stanie, remontu nie widziało od lat, przez lata mieszkali w nim studenci. Odziedziczony po poprzednich właścicielach wystrój pozostawiał wiele do życzenia: tapety na ścianach i sufitach (tak, tak!), na ziemi wykładzina, która nie jedno widziała, koszmarnie ciemne wnętrza: ciemne boazerie, tapety, smętne pozostałości mebli (wyobraźcie to sobie w małym wnętrzu). Nie miało to wtedy znaczenia, cieszyliśmy się jak dzieci z własnego kąta. Trudno mi w to dziś uwierzyć, ale po mojej ostatniej stancji, własne mieszkanie, nawet – umówmy się – dość paskudnie urządzone, wydawało mi się ósmym cudem świata.

Odświeżaliśmy je stopniowo, zrywając różne mało zachęcające powłoki ze ścian, sufitów i podłóg. Działo się pod nimi, oj działo. Wybraliśmy jasne, pastelowe kolory farb, bo tęskniłam za kolorową energią. Stopniowo również gromadziliśmy meble, o czym pisałam tu [klik]. Mieszkanie stawało się nasze. Po kilku latach intensywnej obecności dziecka z radością żegnamy się jednak z kolorami, bo przed nami znów remont. Po długich, wielomiesięcznych, wieloletnich nawet debatach (kuchnia czy łazienka? kuchnia czy łazienka?) zdecydowaliśmy się ponownie na remont w wersji mini, czyli odświeżenie ścian.

Jasne, że nasze mieszkanie zasłużyło na remont gruntowny, ale cóż, tak się składa, że mamy inne priorytety. Szczerze powiedziawszy, zarabiać pieniądze, by wydawać je na remont mieszkania, zupełnie nie brzmi jak nasz życiowy cel. Do widzenia efektowna kuchnio czy szykowna łazienko… Nie odeślemy jeszcze starych, wysłużonych sprzętów do lamusa, choć marzy mi się, by nadać im drugie życie. Bardzo inspirują mnie tego rodzaju zmiany.

A więc tylko ściany. Tym razem stawiamy na wersję jednobarwną, tylko córka nie chce się rozstać z delikatnym błękitem jej ścian, więc oczywiście idziemy jej na rękę.

Wielkie porządki. Przedremontowe wyzwanie

Unikałam nadmiaru mebli, długo wybierając tylko to, co najpotrzebniejsze. Wydawało mi się, że nie zagracam tego, co mam, że zawsze pamiętam, że mam niewiele. Wydawało mi się również, że nie mam w szafie zbyt dużo ubrań. Fakt, nie unikałam książek, co stało się naprawdę kłopotliwe [klik], ale opanowujemy tę chlubną, choć niedzisiejszą i zgubną pasję. Tymczasem… TYMCZASEM od tygodni jestem w ferworze porządków, wyzbywania i pozbywania się nadmiaru rzeczy. Mam wrażenie, że to proces bez końca. Wywozimy i wynosimy stosy niepotrzebnych nam przedmiotów, ubrań, papierzysk, nieużywanych od lat sprzętów domowego użytku. Czy wreszcie gratów cyfrowych, o których również pisała Kasia [klik]. Jak to się stało, że samych płyt z kopiami nie-wiadomo-czego mam całą szufladę? Skąd one wszystkie się wzięły, zastanawiam się wynosząc i utylizując bez końca.

Praktyczne zastosowanie książek o minimalizmie. Bibeloty i sentymenty.

Nie lubię bibelotów, nie lubię mnożyć wokół siebie zbędnych rzeczy. Na szczęście moi bliscy dość szybko odkryli ten sekret, nie obdarowując mnie nimi przesadnie. Ok, kilka nie najładniejszych prezentów upchnęłam po szufladach. Na szczęście, jestem umiarkowanie sentymentalna, a lektura Minimalizmu po polsku podpowiedziała mi co z nimi zrobić. Wyrzucić. Bez skrupułów. Piękne rękodzieło (najpiękniejsze podarki mamy stąd), kilka pięknych pocztówek i kilka zdjęć na ścianach w zupełności wystarcza.

Pokój dziecięcy. Plaga kolekcji i śmieciowych zabawek.

O ograniczeniu dziecięcego nadmiaru pisałam już sporo [klik], co oczywiście nie zmienia faktu, że dzieciowe śmieci rosną w tempie, które w osłupienie może wprawić niejednego rodzica. Ja mam największy problem  z kilkoma kwestiami.

Po pierwsze: Śmieciowe zabawki. Wszystkie te małe plastiki, które nie wiadomo do czego służą, są moją przedremontową zmorą. Ich plaga zamieszkuje m.im jajka z niespodziankami (staramy się nie przesadzać ze słodyczami, więc skąd ich tyle?), choć nie tylko. Są dosłownie wszędzie, czasem mam wrażenie, że nic innego nie robię, tylko nieustająco znajduję je w najbardziej zaskakujących miejscach.

Po drugie: Dziecięce rysunki. Jasne, część z nich przechowuję, chciałam nawet przechowywać wszystkie, ale poddałam się, bo morze papierów zajmowało już bardzo dużo miejsca.

Processed with VSCOcam with f2 presetPo trzecie: Kolekcje. Och, to temat rzeka. Czy wiecie, ile rzeczy potrafi kolekcjonować niespełna czterolatka? Od kasztanów, kamieni, piórek, aż po – uwaga! – opakowania po szamponach czy kolorowe butelki po wodzie mineralnej. Tu trzeba jednak wykazać się taktem i z radykalnymi rozwiązaniami wkraczać ostrożnie. Z bólem serca pozwalam dziecku zbierać, zachowuję czujność i pozbawiam je tylko tych kolekcji, które dawno już wyszły z użycia. Inna sprawa, że fantazja dziecka bawiącego się w ten sposób jest ujmująca. Na zdjęciu moje dziecię szykuje dla nas sernik z kasztanów [foto by wpisofsernik.pl]

To napisawszy…

… wracam do minimalizowania, porządkowania, przygotowywania i pielęgnowania w sobie trudnej niekiedy miłości do małej przestrzeni.

Źródło zdjęcia [klik]