Plagi dziecięcej biblioteczki, czyli czego nie czytam dziecku

Dzięki kilkunastoletniej już działalności Fundacji Cała Polska Czyta Dzieciom nikt już nie ma wątpliwości, że czytanie dzieciom to misyjne i szczytne zajęcie. Czytamy więc, żeby rozwijać wyobraźnię, czytamy, żeby wzbogacać zasób słów, uczyć je empatii, związków przyczynowo-skutkowych i tryliona innych rzeczy. Jednak cała misja związana z czytaniem dziecku, 20 minut dziennie, codziennie – jest  fikcją, kiedy rodzic nie czerpie z lektury przyjemności lub kiedy sam jest na bakier z czytaniem…

Nie jestem na bakier z czytaniem, więc pozwalam sobie na ten post. Lubię wszelkie, także niekonwencjonalne, akcje promujące czytelnictwo, ale wciąż nie dowierzam, że dom bez książek i bez rodziców, którzy czytają, może wychować czytelnika. Nie może.

Bardzo ciekawy skądinąd blog Malinowy guzik opublikował ostatnio listę podpowiedzi, co czytać dziecku, żeby stymulować jego rozwój. Zdaniem współtworzących blog pedagogów Montressoriańskich wyszczególnione przez nich pomysły, czyli m.in. czarno-białe książki dla niemowląt, albumy rodzinne, książki z dokładnymi ilustracjami i książki, które przybliżają życie zwierząt zamiast zbędnej według nich fikcji literackiej wspierają rozwój dziecka. Szczerze powiedziawszy, poza pożytkami z oglądania czarno-białych książek przez niemowlęta i radościami z poznawania rodzinnych albumów (których nie nazwałabym książkami) jestem dosyć przerażona wizją dziecka rozwijającego się w tym trybie. I wydaje mi się, może się mylę, że to najlepsza droga, by wychować dziecko, które nie lubi czytać.

Dlaczego? Bo oprócz tryliona innych spraw, książka to też kwestia smaku. Estetycznego i czytelniczego. To stosunkowo tani i uniwersalny kontakt ze, nie bójmy się tego słowa, sztuką. Są więc – także na tej liście – takie książki, których unikam jak diabeł święconej wody. Jak plag egipskich. Czynię to w trosce o poczucie gustu, smaku i stylu mojego dziecka. Ale, no cóż, musiałam się tego nauczyć. Czego nie czytam? Przeczytajcie.

1. Książek z dokładnymi lub brzydkimi ilustracjami

Jest teoria, że dziecko zwłaszcza na wczesnym etapie rozwoju powinno oglądać książki, których ilustracje odzwierciedlają stan faktyczny. Tzn jak krowa to krowa, żadnych udziwnień i zniekształceń, najlepiej na tle jasnym, żeby dziecko dobrze ją widziało. Możliwe. Wierzyłam w nią nawet trochę jako bardzo nieopierzona mama, ulegając sugestiom bliskiego otoczenia. Jest jednak tyle możliwości, by pokazać dziecku krowę, na żywo czy (od biedy) w internecie, że ja w zasadzie wolałabym, żeby krowa, o której czytamy wspólnie, spełniała jakieś inne funkcje. Np. była taką krową jak Mama Mu, o której już pisałam [klik] i której przygód – przy odpowiedniej modulacji głosu  – z zainteresowaniem słuchała bardzo mała, ok półtoraroczna córka. Zapewniam – moje blisko czteroletnie dziecko wie już od dawna, jak wygląda krowa.

Pamiętacie burzę o Pierwszą Książkę Mojego Dziecka, która trafiła w grudniu 2014 do szpitali położniczych w całej Polsce. Książkę można obejrzeć tu [klik], choć może nie warto. Fundacja Cała Polska Czyta Dzieciom otrzymała na nią ogromne dotacje z Ministerstwa Kultury. Niby wszystko pięknie, bo idea niewątpliwie szczytna, ale opakowanie – jak pisała Dominika Węcławek na stronie foch.pl  [klik]- koszmarne. Protestowano przeciwko niemu namiętnie [klik] [klik], podpisywano petycje do ministerstwa, choć działanie to nie przyniosło rezultatów. Po czasie zostaje już tylko pytanie bez odpowiedzi, dlaczego najmłodszy czytelnik nie ma prawa do obcowania z rzeczami pięknymi? Dlaczego lekceważy się wyrabianie w nim poczucia estetyki?

2. Koszmarnie wydanej klasyki. Również z brzydkimi ilustracjami

Rynek książki zalany jest polską klasyką. Brzechwa, Tuwim, rzadziej Chotomska i od nowa Brzechwa, Tuwim, rzadziej Chotomska etc. Lubię, szanuję, doceniam i czytam dziecku. Jestem jednak za nakładaniem kar na wydawców, którzy publikują klasykę z koszmarnymi ilustracjami. Rozumiem, że ma być w sumie budżetowo, a klasykę i tak ktoś kupi, ale ratunku – precz z książkami, które straszą [klik] [klik] [klik] Sama – jako młoda czytająca dziecku mama – dostawałam ich na kopy, ale większość starałam się chować głęboko zanim córka je dostrzegła. Dlaczego? Bo jest tyle pięknych możliwości, by klasykę wydać. Choćby np. klasyczne ilustracje Szancera do książek Brzechwy. Bo – koniec końców – jest też tylu innych wartościowych autorów literatury dziecięcej, o których w tej licytacji na klasykę wydawcy zdają się zapominać. Jak np. Jerzy Ficowski, o którym nie tak dawno pisałam tu [klik]

3. Książek z rymami, że aż zęby bolą. A ilustracje wciąż najczęściej brzydkie. 

Są i takie książki, w których – słowo honoru – nie wiadomo, co poeta miał na myśli. Może lepiej i tego nie wiedzieć. Nie chcę przytaczać tych wierszyków o niczym. Moje dziecko otrzymywało je również i to nierzadko. Ba!, zdarzało się, że sama je kupowałam za 5 zł w koszu z nie wiadomo czym, byle zająć uwagę energicznego niemowlęcia. Skalę błędu uświadamiałam sobie najczęściej w domu, gdy po raz enty musiałam czytać jak koparka rymuje się ze śmieciarka. Czuwałam wówczas, by jak najszybciej i jak najdyskretniej pozbyć się tego książkowego balastu.

4. Książek z morałem. Z ilustracjami trochę jakby lepiej.

Dlaczego dziękuję książkom z morałem? Przyczyna jest prosta. Nie dowierzam, że świat jest czarno-biały i wolę traktować książkę jako pretekst do rozmowy niż jako taką, która rozmowę kończy. Nie przepadam za uładzoną, cukierkową wizją świata i nudzę się najczęściej jak Bogu ducha winny mops. Mam je jednak także na stanie, a moja córka ma swoje ulubione moralizatorskie serie, które lubi wyszperywać w bibliotece. I oczywiście jej na to pozwalam. Zdarza mi się więc po nie sięgać. Pilnuję tylko, by nie rozrastały się w naszej biblioteczce.

5.  Książek ze stereotypami. Brzydko wydanych baśni.

Tu mam najłatwiej, bo unikałam ich jak ognia zawsze i nie dałam się wprowadzić na minę różowych baśni dla dziewczynek i niebieskich baśni dla chłopców. Unikam książek z pstrokatymi księżniczkami. Albo supermarketowych wyborów baśni niewiadomego autorstwa i pochodzenia. Bo niby wszyscy je znamy, ale po co czytać je w brzydkich wersjach. Zwłaszcza kiedy można sięgnąć po ładnie wydaną klasykę [klik] i samemu poznać nieznane dotąd baśnie?

Co czytam, czyli jakimi czytelnikami jesteśmy. 

1239529_748204158534251_3685161386152838966_nMogę uchodzić za matkę-estetkę, za czytelniczą snobkę, ale czytając córce, dbam również o siebie i świadomie wybieram książki, z którymi sama lubię przebywać. Kwestie estetyczne są ważne, nawet dla małych dzieci, bo kształtują ich świat, który jest bardziej skomplikowany i pełny niż to może wynikać z brzydkich ilustracji. Lubię więc otaczać nas ładnymi I MĄDRYMI książkami. Co tak się składa, najczęściej idzie w parze. Otaczamy się więc dziecięcą fikcją, która stawia pytania i skłania do rozmowy, a nie tylko dostarcza odpowiedzi. Książkami, które zatrzymują nas dorosłych w pół kroku, bo mówią nam ważne rzeczy o dzieciństwie i o nas samych.  I wiecie co – to działa. Rośnie mi w domu mała czytelniczka, która najzwyczajniej w świecie czerpie przyjemność z czytania.

Na zdjęciach córka ze swoimi ulubionymi książkami: z Basią, którą „czytamy” sobie nawzajem w leniwą niedzielę i z Albertem Albertsonem, którego w przyszłości zamierza studiować, a na razie pilnie kolekcjonuje. Foto by wpisofsernik.pl

Ps To jest dla mnie tydzień z literaturą dziecięcą. Będziemy tu [klik], na konferencji poświęconej „Alicji w Krainie Czarów”. W związku z tym kwietniowe wpisy pojawiają się rzadziej niż zazwyczaj, ale dzieje się i dopinam tematy, o których niebawem.