Pierwsze truskawki. O pamięci i uważnym jedzeniu

– Mamo, ja to bym chciała na urodziny zanieść do przedszkola truskawki. – mówi Córka, przegryzając truskawkę. Ma szczęście w oczach, taki wyjątkowy błysk szczęścia, sok leci jej po brodzie, a ja jeszcze przez moment łudzę się, że uratuję niepoplamioną koszulkę – I może jeszcze tort truskawkowy zrobimy na urodziny? Zrobimy mamusiu?

Zrobimy, bez wątpienia.

Jest jeszcze trochę przed sezonem, ale już zaczynamy jeść truskawki. Namiętnie. Jemy je co roku, ale są lata, gdy smak truskawek pamięta się jakoś wyraźniej. Dokładnie to samo robiłam cztery lata temu, w późnym maju i na początku czerwca. Najadałam się truskawek na zapas, zanim nadejdzie czas na ograniczenia związane z karmieniem. Kolebiącym się krokiem, z wielkim brzuchem szłam na pobliski ryneczek, budząc lekki przestrach sprzedawczyń, które zapytywały, na kiedy termin. Po terminie – mówiłam.

Teraz po prawie czterech latach moja dziewczynka, która objada się truskawkami, najpierw skrupulatnie dzieli zakupione owoce pomiędzy wszystkich domowników, a potem nieporadnie oszukuje, objadając nasze miseczki, rozbawia mnie i wzrusza zarazem. Z pewnością zostaną jej w pamięci truskawki u dziadków, jedzone w ciepłe czerwcowe dni prosto z krzaka, ale czy zapamięta z dzieciństwa te, które jemy wspólnie, czekając na brata?

Ach ten, smak sezonowych owoców i warzyw, które są dostępne tylko krótką chwilę lub najlepiej smakują tylko w określoną porę roku. Jak w starej piosence Ewy Bem [klik]. Smak jeszcze ciepłego pieczywa  z chrupiącą skórką zapamiętany z dzieciństwa. Smak truskawkowych (a jakże!) lodów kremogen, którymi zajadałam się z przyjaciółką, gdy byłyśmy małymi dziewczynkami. Smak robionej przez babcię podsuszanej wędliny, dla której zrezygnowałam z niejedzenia mięsa. Intensywny smak i zapach małosolnych ogórków, który działa na mnie nawet jak nie jestem w ciąży. smak lodów „jak z dzieciństwa”, na które w swoich rodzinnych stronach zawsze zabiera nas Mąż [klik]… Wszystkie one mają to do siebie, że jednocześnie wiążą nas z teraźniejszością i – jakkolwiek to nie zabrzmi – oferują pełnię doznać, ale i zapadają gdzieś głęboko w zmysłową pamięć na lata.

Pamięć, wiadomo, działa tak, że to, co minęło, smakuje wybornie. Nie wiem, co zapamięta moja córka, bo – mam wrażenie – większość produktów, które można dostać w sklepach jest raczej bezsmakowych. Ale przecież pamięta się nie tylko to, co perfekcyjnie smaczne, ale również to, co unikatowo związane z dzieciństwem. Urodzona w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, podobnie jak zapewne wielu moich rówieśników, nie mogłabym zapomnieć smaku serków homogenizowanych, gum Donald czy oranżady z woreczka, choć żadna z tych rzeczy nie należała do pyszności.

Ale okazja do delektowania się smakiem jakoś, wstyd przyznać, nieczęsto mi się zdarza. Nie jestem specjalnie dumna z tego, jak jem. Nie przepadam za gotowaniem i im jestem starsza, tym bardziej męczy mnie brak talentu w tej dziedzinie. Wypracowałam sobie kilka sprawdzonych i ponoć smacznych potraw, choć wirtuozerię w tej dziedzinie zdecydowanie osiąga mój Mąż, potrafiący zrobić potrawy, których smak pozostaje w pamięci na długo. Zatem Mindful eating / uważne jedzenie, o którym czytam od pewnego czasu i nieudolnie próbuję praktykować, stanowi dla mnie nie lada wyzwanie. Bo to, co w teorii wydaje się proste i sensowne, w życiowej praktyce jakoś umyka w najprzeróżniejszych pośpiechach i niedopracowaniach. W sumie większość postulatów uważnego jedzenia, o których niedawno pięknie napisała Natalia na blogu Simplife [klik], uprzedzając tym samym mój pomysł na wpis, brzmi jak niespełniony sen matki, zwłaszcza matki niemowlęcia lub bardzo małego dziecka.

A zasady są niby proste. Ach gdyby tak częściej udawało się nie jeść na autopilocie, czyli dążyć do tego, by w czasie posiłku koncentrować się na jedzeniu, a nie wykonywać jednocześnie szeregu innych czynności. Gdyby tak częściej delektować się posiłkiem, tak jak potrafimy cieszyć się wspomnianymi wyżej truskawkami zwracając uwagę na zapach, smak czy konsystencję. Od jakiegoś czasu ćwiczę się w przypominaniu, czym jest głód i czym jest sytość, co uzmysławia mi, w jak uprzywilejowanej sytuacji jestem.

Trenuję jednak. Namiętnie jedząc truskawki…

Źródło zdjęcia [klik]