Matka w miejscach przepływu. O książce Natalii Fiedorczuk

Natalia Fiedorczuk-Cieślak, dotąd niszowa wokalistka, instrumentalistka i autorka piosenek, przebojem wkroczyła w świat literacki z szeroko komentowaną, nagrodzoną Paszportem Polityki powieścią Jak pokochać centra handlowe. Poprzedził ją projekt fotograficzny Wynajęcie z 2012 roku, na potrzeby którego artystka fotografowała mieszkania oferowane na wynajem. Jak pokochać centra handlowe to jednak pełnowymiarowy i pełnokrwisty debiut prozatorski, objawiający skalę literackiego talentu i zmysłu obserwacyjnego autorki.  To trudna, bolesna opowieść o transformacji, o kryzysie wczesnego macierzyństwa.  Jej promocji towarzyszyły  wywiady eksponujące wątek depresji poporodowej, nie do końca moim zdaniem słusznie wyjmując z tej społecznie zaangażowanej prozy tylko jeden z jej składników. A jest ich więcej i warte są uwagi.

Począwszy od motta z Marca Auge to opowieść o nie-miejscach, czyli miejscach przepływu, które wchłaniają, wciągają młode matki. Fiedorczuk kataloguje je, przygląda się tym pozbawionym jednostkowej tożsamości, niemal identycznym nie-miejscom z perspektywy młodej matki. Rozpoznajemy w nich bez trudu przestrzenie zmultiplikowanych galerii handlowych, autostrad i stacji benzynowych, dużych dyskontów czy popularnych sklepów meblowych. Przewrotnie, wbrew tytułowi, ten katalog ma w sobie coś z antyreklamy, choć każda z tych przestrzeni mówi bohaterce coś innego o macierzyństwie: rutynowe zakupy w dużym dyskoncie, pozwalają na wyjście bez dzieci i chwilowy, ukradkowy oddech, sklep ze szwedzkimi meblami to marzenie o życiu jak z katalogu, dzięki nim zapełnia się wynajmowane mieszkania tanimi meblami i tworzy w nich życie na miarę finansowych możliwości, a w galerii handlowej, w jej sterylnej przezroczystości, upływają matkom z wózkami długie godziny, które spędziłyby pewnie same w domu z dziećmi. Fiedorczuk  z dużą przenikliwością i wrażliwością konfrontuje skatalogowane przez siebie nie-miejsca z frustrującą rzeczywistością młodej matki, która w ich rutynowej obecności odnajduje chwilowe wybawienie od macierzyńskiej monotonii.

Problem w tym, że oferowana przez nie ucieczka od macierzyńskiej samotności, jest tyleż pożądana, co złudna. W świecie Fiedorczuk matki nie mają bowiem szansy się autentycznie spotkać, mogą się co najwyżej mijać z wózkami w galerii handlowej. Gdy do spotkania faktycznie dochodzi, dzieli je przepaść materialna i koncentracja na własnym dziecku. Swoją samotność odreagowują głównie w internecie, gdzie wchodzą w interakcje z innymi użytkowniczkami sieci, ale częstokroć nie po to, by zbudować sieć, tylko by wykreować własny wizerunek matki idealnej. Bohaterka, która tropi jedną z internetowych hejterek, odkrywa, że spotkana na ulicy jest niepozorna i równie przeciętna jak ona sama.

Te dwie warstwy, dotyczące macierzyńskich nie-miejsc i matczynej, systemowej samotności czynią z Fiedorczuk przenikliwą autorkę prozy społecznie zaangażowanej przedstawiającej matkę Polkę z drugiej dekady XX wieku. Wyłania się z niej przerażająco smutny obraz przeciętnej, zmęczonej, osamotnionej w swojej codziennej rzeczywistości kobiety zatrudnionej na umowach śmieciowych lub łapiącej przypadkowe zlecenia, na której bycie matką w sensie społecznym wymusza doskakiwanie do za wysoko ustawionej poprzeczki. Nie ma ona szansy na wyższe aspiracje materialne, nie dla niej wymuskane domy i piękne, bogate przestrzenie, dla niej pozostaje tymczasowość i bylejakość przedmieść. I pełna, empatyczna świadomość, że są takie, które mają gorzej. Ale status materialny to tylko jeden z jej problemów – bo drugi, poważniejszy oznacza, że stając się matką, staje się niewidzialna, znika z przestrzeni publicznej ze swoimi codziennymi bolączkami, a pojawia się w niej tylko wówczas, gdy można ją pouczyć, doradzić lub wylać na nią wiadro pomyj internetowego hejtu. Książka Fiedorczuk to akt oskarżenia przeciwko neoliberalnej polityce opierającej się na założeniu, że dzieci to prywatna sprawa rodziców, a głównie matek. I akt oskarżenia przeciwko społeczeństwu, dla którego bycie matką staje się rolą, której nie można odegrać właściwie:  składają się nań oczekiwania, którym nie da się sprostać i role, których nie da się pogodzić.

To wciąż nie wszystko, bo Fiedorczuk idzie o krok dalej, widząc w zwrocie ku bliskościowym nurtom rodzicielstwa kolejny element, który zatrzymuje matki w domach, każe im „przesypywać piasek do butelek” lub „zakładać firmy o dadaistycznych nazwach”, pogłębiając ich izolację. O tym sojuszu neoliberalizmu z neotradycjonalizmem Pisała już o tym Agnieszka Graff, jednak głos Fiedorczuk jest pierwszą prozatorską próbą prezentacji tego dylematu. Autorka Jak pokochać centra handlowe wybiera sceptycyzm i dyskretny krytyczny dystans wobec bliskościowych idei, dostrzegając w nich zagrożenie wobec matczynej wolności. Czyni to jednak dość ostrożnie, odważniej formułując swoje poglądy na ten temat w wywiadach czy posłowiu niż w samym tekście.

Cały ten społeczny kontekst pierwszej powieści Natalii Fiedorczuk, jej zmysł do uogólnionej, pokoleniowej obserwacji nakłada się na pierwszoosobową, pozornie konfesyjną narrację. Narrację, dodajmy, tak przekonywującą, że autorka, prywatnie matka dwójki małych dzieci, tłumaczy się w wywiadach, że jej bohaterka to nie ona. Czyni to z rozmysłem, trochę z przekorą, bo czytelnik, a zwłaszcza czytelniczka zdążyła przyzwyczaić się do opowieści matek frustratek. Tworząc postać Lucyny, która doświadcza kryzysu macierzyństwa, Fiedorczuk odrabia jednak lekcję z lektury poprzedniczek. Kultowa w pewnych kręgach Rachel Cusk czy na polskim gruncie Joanna Woźniczko-Czeczot napisały powieści o zaskoczeniu macierzyństwem, o niedostatecznym przygotowaniu do roli matki, o tabu spowijającym pierwsze miesiące z dzieckiem, o tym, że „nikt-im-nie-powiedział-jak-jest-naprawdę”, o błądzeniu pomiędzy dobrymi i złymi radami. W centrum ich opowieści stała relacja pomiędzy dzieckiem a matką, która do macierzyństwa dorasta, a moment, w którym otrząsa się z pierwszego szoku jest momentem zapowiadającym nową, wspólną drogę. A czytelniczka mogła się po ich lekturze poczuć o tyle komfortowo, że odnajdywała w przemianie bohaterki nadzieję, że za tymczasową frustracją kryje się radość z macierzyństwa.

Laureatka Paszportu Polityki idzie jeszcze dalej, pisząc przede wszystkim o kobiecie w momencie kryzysu, ustawiając dziecko trochę w tle tej narracji. Stworzona przez nią postać, inaczej niż matki z książek poprzedniczek, nie doświadcza linearnie rozumianej przemiany, nie staje się „matką, która zaczęła ogarniać”, a wciąż, nawet w ostatnich zdaniach książki, bywa kobietą, która tymczasowo chce zniknąć, zdezerterować ze swojej funkcji. Fiedorczuk ironicznie dystansuje się do matek-alfa, podobnie jak w ich lukrowane świadectwa macierzyństwa nie dowierzały poprzedniczki, które z mniejszym lub większym zdziwieniem odkrywały jak daleko odbiega wyidealizowane macierzyństwo od rzeczywistości. Bohaterka Fiedorczuk w wyidealizowane macierzyństwo nie wierzy od początku, autoironicznie przyznając, że da się je wykadrować na potrzeby zdjęć, ale raczej nie da się go osiągnąć.

To również nie relacja między nowo narodzonym dzieckiem a matką jest przedmiotem tej książki, to kryzys tożsamościowy bohaterki jest osią konstrukcyjną tego tekstu. Nieprzypadkowo najpierw czytelnik dowiaduje się o ciążowych mękach rosnącego ciała, o trudach porodu w szpitalu, w którym nie rodzi się po ludzku, o kompulsywnym sprzątaniu, który staje się oznaką depresji, o magmatycznej codzienności z małym dzieckiem. Dopiero gdzieś w połowie książki anonimowy dotąd syn, otrzymuje imię Witek, a w ślad za nim pojawia się córka Dorotka, już od razu obdarzona imieniem. Ten moment „nazwania” dzieci jest momentem istotnym, bo w ironiczną dotąd narrację wkradają się liryczne tony, które jakby mimochodem ukazują skrywaną wcześniej matczyną miłość. W tych momentach, w których bohaterka odkrywa jednostkowość własnych dzieci, widzi pogodne usposobienie córki, widzi syna, zmagającego się z objawami ciążącego nad nim zaburzenia, jest najbliżej przełomu w postrzeganiu siebie w roli matki. Przełom tu jednak nie nadchodzi, nie ma happy endu, jest tylko zmaganie się z systemem, rutyną i samotnością.

Tak, samotnością. Opisaną przenikliwie, autoironicznie, z dystansem. Recenzenci dostrzegają obecność taty dzieci i fakt, że jest to ojciec nowego typu, angażuje się w życie rodzinne i miejscami radzi sobie lepiej niż borykająca się z depresją bohaterka. Ale mąż narratorki pozostaje bezimienny, pogrążony w pracy, jednak nieobecny, choć jego nieobecność nie jest jednostkowym wyborem a systemową koniecznością. Kryzys wczesnego rodzicielstwa jest kryzysem kobiety, jej mozolną drogą ku nowej tożsamości, ku integracji ról, których nie da się pogodzić.

fot. Alicja Szulc