Mama w wersji slow

Czy życie slow jest w ogóle możliwe, zapytuję sama siebie. Mam ku niemu pozornie sporo możliwości. Nie pracuję, podjęliśmy wspólnie decyzję o tym, że zostanę w domu z dziećmi. Decyzja przyszła dość naturalnie, ale cóż, nasz na nowo odzyskany wspólny czas pozostawia wiele do życzenia pod względem bycia slow.  I, muszę przyznać,  że jako kobieta, która dotąd szybko wracała do pracy i dzieliła swój czas pomiędzy macierzyństwo i aktywność zawodową, mam trochę nieoczekiwanego problemu z byciem slow.

Dni spędzam pozasieciowo, dlatego tak mało mnie tutaj ostatnio, a mimo to wciąż jakby się spieszę. Żeby oszukać czasem rytm dnia, stawiam przed sobą coraz to nowe zdania. Otrząsam się i poświęcam Synowi uwagę. To są piękne chwile, radosne momenty wspólnej zabawy w piasku, jeżdżenia samochodzikami, lektury dziecięcych książeczek czy tańca. Ale wciąż z tyłu głowy mam wrażenie, że powinnam coś więcej, dużo więcej, powinnam ponad to. Więc, wciąż jeszcze wychodząc z remontu, kompulsywnie sprzątam, odgracam, pospiesznie gotuję. Dużo mam też tego satysfakcji, zwłaszcza z nowych porządków, z pozbywania się zbędnego balastu rzeczy. Obserwuję wciąż Syna, ale jakby zza szyby, pochłonięta byciem w swojej głowie, pochłonięta sprzątaniem i sprawami do zrobienia na dziś.

Chwila moment. Czy o to w tym wszystkim chodzi?!

No nie, oczywiście, że nie.

Bycie w domu z dziećmi, przynajmniej czasowo, wydawało mi się zawsze idealnym momentem na spokój i uważność. Tymczasem nie, gonitwa myśli wciąż pcha mnie w nowe rewiry zadań i obowiązków. Poczucie rozdarcia, dobrze mi znane od strony mamy pracującej, towarzyszy mi także po drugiej stronie lustra. Wiem już teraz, że ono nie mija, że nie ma wyboru dobrego – każdy z nich naznaczony jest tęsknotą albo za obecnością przy dzieciach, albo za własną ambicją i rozwojem zawodowym. Ten dramatyczny szpagat, ta równorzędność priorytetów to  nasza kobieca domena. Piszę to z pewnym smutkiem, z feministycznym rozczarowaniem. Dla mężczyzny, przynajmniej w naszej kulturze, wybór jest jakby oczywistszy, co też przecież wcale nie musi znaczyć, że każdorazowo dobry.

Jak zwolnić trochę w świecie, który pośpiechu wymaga nawet od matek małych dzieci? Zamiast szukać recept, gdzieś pomiędzy piaskownicą a huśtawkami, biorę głęboki oddech. Pozwalam odpłynąć swoim zawodowym obawom, odpuszczam na chwilę misję odgracania naszej życiowej przestrzeni. Nagle czuję, że mimo wrześniowego ciepła powietrze pachnie już jesienią. Na drzewach już kasztany gotowe do spadnięcia. Syn jest mały i przezabawny. Intensywnie poznaje świat, ma co dzień tyle wyzwań. Patrzę na jego spore stopy, wyobrażam sobie ten moment, kiedy mnie przerośnie. Na wszystko przyjdzie czas, myślę i powstrzymuję się, by nie wybiegać myślą daleko, za daleko. Tu i teraz jest fajne, choć niewolne od pośpiechu, dyktatu ambicji czy nakładanych na siebie misji. Może nie umiem nie pędzić, nawet jak nie pracuję, ale na dziś ten głęboki oddech i czuła obecność przy dziecku wystarczą. W nich właśnie, pomiędzy pędem, jest cała nasza zwykła codzienna radość życia.