Ku świadomemu rodzicielstwu – rozmowa z Anną Furmaniuk

Spotkałam się z Anną Furmaniukzałożycielką poznańskiej szkoły rodzenia Gaja, by opowiedziała mi o swojej drodze dojścia do naturalnego rodzicielstwa. Zachwyciła mnie swoją wrażliwością i empatią, a przede wszystkim bardzo autentyczną opowieścią o macierzyństwie.

Jaka była Twoja droga do macierzyństwa? Czy intuicyjność i bliskość były dla Ciebie od razu oczywiste?

Nie, w ogóle nie były oczywiste i m.in. stąd wzięła się Gaja.

Byłam dobrze zorganizowaną osobą, w zaplanowanej, książkowo przebiegającej, pierwszej ciąży. Marzyłam o szybkim, bezbolesnym porodzie, chciałam mieć bezproblemowe dziecko, które będę karmiła, przewijała i kładła spać, szybko podwinąć rękawy i szybko wrócić do formy.

To była pierwsza ciąża w moim najbliższym otoczeniu, więc w zasadzie – oprócz mojego męża, który także debiutował w roli ojca – nie znałam nikogo, kto miałby to doświadczenie za sobą. Nie miałam od kogo czerpać inspiracji, nie miałam z kim porozmawiać i skłonić się do refleksji jaką mamą chcę być.

Wobec tego nie umiałam sobie wyobrazić całej sfery emocjonalnej, którą ciąża ze sobą niosła.

Nie zastanawiałam się, jak macierzyństwo mnie zmieni, bardzo technicznie przygotowując się do nowej roli.

W moim odczuciu miało to swoje konsekwencje i bardzo zaburzyło moje początki macierzyństwa. Do tej pory borykam się z wyrzutami sumienia, choć wiem, że wszystkie matki mają sobie coś do zarzucenia. I choć mój mąż wspomina ten czas nieco inaczej, ja miałam wrażenie, że z pierwszą córką byłam ciągle zmęczona, zaspana, skupiona na tym, by wszystko było o czasie i żeby było książkowo. Mimo, że nawet sporadycznie nosiłam Córkę w chuście, i na różne sposoby okazywałam jej, że ją kocham – robiłam to mniej refleksyjnie, bez świadomości jaką wartość to ze sobą niesie. Nie dostrzegałam wcale, że jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju i nie musi się wpisywać w żadne poradniki.

Cały czas na zewnątrz szukałam poczucia kontroli, nie weryfikowałam tego, co czytam, każda rada była dobra, żeby ją przetestować na własnym dziecku. Te rady, jak to często bywa, często były ze sobą sprzeczne, a wokół mnie był ogromny szum informacyjny, który po części sama stworzyłam.

Nie pomagałam sobie, czerpiąc rady z różnego rodzaju forów internetowych. Z perspektywy czasu myślę, że tylko mi to szkodziło, bo pisząc o swoich bolączkach, wciąż byłam poddawana ocenom.

Szybko zaszłam w następną, tym razem nieplanowaną, ciążę. Było mi odrobinę łatwiej, bo miałam już jedno dziecko i tym razem odpuściłam wiele spraw. Nie przejmowałam się już tak książkowymi radami. W sumie to też może być pułapka, bo drugie dziecko jest inne niż pierwsze, niemniej ja przestałam się zaczytywać i wszystko sprawdzać. Porzuciłam np. rady Tracy Hogg, która twierdzi, że dziecko ma etapy aktywności, powinno spać i jeść o określonych porach. A moje córki zwykle funkcjonowały inaczej. To był pierwszy sygnał, że dobrze nam się żyje, że ja jestem szczęśliwa jako mama, mam dwójkę dzieci i dobrze sobie z nimi radzę.

Poza tym dopiero przy drugim porodzie w pełni doświadczyłam tej niesamowitej kobiecej siły. To był również poród szpitalny, byłam nacięta, ale oksytocyna i endorfiny zadziałała pięknie i byłam tak szczęśliwa, że urodziłam dziecko. Czułam się pełna siły, to bardzo wpłynęło na mnie w połogu, dało mi dużo energii.

I wtedy znowu pojawiła się chusta. Tym razem chciałam mieć wolne ręce przede wszystkim po to, by móc więcej czasu poświęcić starszej, wciąż jeszcze malutkiej córce. Poza tym okazało się, że Córka Młodsza jest całkowicie nieodkładalna i najlepiej czuje się gdy jest blisko mnie.

Razem z chustą pojawiły się mądre książki i właściwi ludzie w moim życiu. Znowu było forum, tym razem ogólnopolskie chustowe, na którym dowiadywałam się, że te rzeczy, które przeczuwałam5d85eb4a-de67-44b4-b0c9-4a3f3f6196ae intuicyjnie nierzadko mają swoją nazwę, że ktoś je już opisał. W ten sposób docierało do mnie rodzicielstwo bliskości, zaczęłam odczuwać macierzyństwo bardziej intuicyjnie i choć minęło od tego już kilka ładnych lat wciąż jestem w tym procesie nauki.

Wówczas trafiło to na podatny grunt i dalej już popłynęło wartkim strumieniem. Miałam głód kontaktu z innymi podobnie myślącymi matkami i tak powstało Stowarzyszenie „Poznań w chuście”. Widziałyśmy, jak czasem kobiety sięgały po chustę z przyczyn technicznych, chciały mieć wolne ręce, a potem okazywało się, że w ten sposób rodzi się ta niesamowita bliskość, że to takie fantastyczne uczucie, mieć dziecko tak blisko i czuć jak ono na Tobie zasypia.

To rodzi magię zdecydowanie…

Tak, magię. To może trochę zabrzmi ideologicznie, ale

objawiła nam się ta terapeutyczna moc chusty. Że kobieta zaczyna, bo potrzebuje sobie zorganizować codzienność, a potem wsiąka, bo nagle okazuje się, że to fajnie być z tym dzieckiem tak blisko. I w ten podprogowy sposób możemy ją wprowadzić w bliskościowe nurty macierzyństwa.

Stowarzyszenie działa wciąż, ja jestem trochę na marginesie, ale zawsze będę to podkreślać, że jest to moja baza, która bezpośrednio przyczyniła się do powstania Gai.

Kolejnym kamyczkiem przyczyniającym się do jej powstania było spotkanie Iwony Janickiej. W jej Fundacji Aktywności Lokalnej uczono jak połączyć rodzicielstwo z aspiracjami zawodowymi i to mi uzmysłowiło, że chciałabym mieć własną działalność gospodarczą. Jednocześnie przez ogólnopolskie forum chustowe poznałam Joasię Paluchiewicz, która właśnie zakładała we Wrocławiu szkołę rodzenia Natura. Zachwycił mnie ten pomysł, Joanna dostrzegła, że ludzie chcą się uczyć chustowania, potrzebują informacji o wielorazowych pieluchach i masażu Shantala. Ja byłam w momencie, w którym nie do końca chciałam wracać do pracy po urlopie wychowawczym. Otrzymałam wtedy duże wsparcie ze strony mojej mamy, księgowej z zawodu…

I tak, z inspiracji wrocławską Naturą i tych wszystkich dobrych splotów okoliczności, w Poznaniu narodziła się Gaja.

Zebrałam się na odwagę, nie było to proste, trwało to ok. roku i w tym czasie doprecyzowała się myśl, co tak naprawdę chciałabym w tej szkole robić. Wzięłam w tym czasie udział w szkoleniach Fundacji Rodzić po ludzku w Warszawie dla instruktorów szkoły rodzenia, co doprowadziło mnie do kolejnych książek, kolejnych osób i porodów domowych.

W Instytucie Małego Dziecka w Poznaniu odbywało się takie spotkanie z położnymi domowymi. Byłam już trochę oswojona z tym zagadnieniem, choć nie myślałam wówczas o własnym porodzie. Po prostu na swojej drodze coraz częściej spotykałam kobiety, które rodziły w domu. Na tamte spotkanie przyszły też kobiety, które rodziły w domu i mówiły o tym doświadczeniu tak pięknie, że popłakałam się słuchając. Wyszłam uskrzydlona z tych zajęć i uświadomiłam sobie, że chciałabym do takich porodów zachęcać, chciałam, żeby w mojej szkole kobiety, które decydują się na domowe porody czuły się dobrze. I to był ten ostatni kamyczek. Po prostu chciałam ludziom towarzyszyć w tej drodze do świadomego rodzicielstwa.

W tej sytuacji decyzja o porodzie domowym była oczywista?

Prowadząc szkołę, która wspiera porody domowe, gdy się pojawiła trzecia ciąża, zaczęłam o tym myśleć. Ale nie, nie było to wcale oczywiste, bo mój mąż nie był do tego przekonany. Z doświadczeń położnych przyjmujących porody domowe wynika, że gdy mężczyzna nie jest przekonany, jest pewna bariera i poród nie może się i tak odbyć w domu. Mój mąż się bał, planowaliśmy poród szpitalny. Miałam w szpitalu na Polnej zaufaną położną i wiedziałam, ze ona pozwoli mi urodzić tak jakbym chciała. I nagle 3 tygodnie przed porodem, bez żadnych rozmów, mąż dojrzał do tej decyzji…

Pojechaliśmy na Polną, by omówić poród z położną. Była noc, pełnia księżyca, mnóstwo rodzących, co chwila otwierały się drzwi i położna prowadziła zgiętą w pół rodzącą. Któraś z kobiet głośno krzyczała, na dodatek obsługa w recepcji była jakoś wyjątkowo nieprzyjemna. Czekaliśmy długo na naszą położną, która w końcu zadzwoniła, przepraszając, że nie da rady do nas wyjść.

Wyszliśmy ze szpitala, usiedliśmy w samochodzie, a mąż spytał tylko, ile to kosztuje i czy jest dużo sprzątania… Mieliśmy 3 tygodnie by się na to przygotować. Szczęśliwie moja córka nie spieszyła się na świat i dała nam jeszcze tydzień. Poród odbył się w domu.

Cieszę się bardzo, że tego doświadczyłam. Dla mnie mój trzeci, domowy poród, był niezwykły i magiczny, ale gdy o tym opowiadam w szkole rodzenia, uważam, by nie przedstawiać tego tak jednoznacznie.Po latach doświadczeń myślę, że dobry poród to taki, kiedy kobieta umie słuchać swego ciała, ale musi być do tego przygotowana fizycznie i psychicznie, wtedy będzie miała siłę, by poradzić sobie z porodem niezależnie od tego ile on będzie trwał. I fajnie jest mieć tą dobrą osobę obok siebie, to może być położna, to może być doula, to może być mąż czy partner.

Bardziej doświadczona kobieta wesprze nas w intuicyjności, przede wszystkim pomoże posłuchać samej siebie. Mniej istotne jest przygotowanie techniczne, jak wykąpać dziecko etc., a ważne jest to gdzie ja i moje emocje są w tym wszystkim.

I gdy mamy szczęście, że ten poród był bliski tego, co sobie wyobraziłyśmy, to czerpiemy z niego siłę. To bardzo dobry kapitał na start, by rozpocząć od razu budować dobry kontakt z dzieckiem, bez przykrych wspomnień i wyrzutów sumienia.

AJ22

Jak myślisz, z czego wynika ta rosnąca świadomość rodzicielska?

To  wynika z paru rzeczy. To stało się, użyję tego słowa, modne. To wciąż nie jest mainstream, ale margines, który się nieustannie poszerza. Dużo więcej się o tym czyta i mówi o bliskościowym, intuicyjnym rodzicielstwie. Jest tyle wątków: chustonoszenie, długie karmienie piersią, poród bez medykalizacji, ekologiczna strona pielęgnacji niemowlęcia czy poród domowy. I, jak w moim przypadku, jest to zaraźliwe, jak człowiek zainteresuje się jedną z tych rzeczy, zaraz wciągają go następne.

Popularyzuje się te zjawiska na różne sposoby. Pojawiły się wydawnictwa, takie jak Mamania, które wydają książki wielu różnych autorów z nurtu rodzicielstwa bliskości. Osoby publiczne noszą w chustach, rodzą w domu, a potem chwalą się tym prasie kolorowej. Bardzo dużo dobrego zrobiła Reni Jusis  jako „Ekomama” w TVN. To, że napisała książki o niszowym dotąd rodzicielstwie (Poradnik dla Zielonych Rodziców, Jusis, Targosz, wyd. Mamania), zapraszała do swojego programu w telewizji różnych freaków, np. od pieluszek wielorazowych miało ogromne znaczenie dla popularyzowania tych niszowych dotąd nurtów rodzicielstwa.

Duże znaczenie odgrywają też media społecznościowe. Gdy ja zaczynałam się tym interesować było tylko jedno forum chustowe, a teraz są niezliczone grupy na fejsbuku. Mnóstwo ludzi może się spotkać i powymieniać doświadczeniami. Nagle widać tych ludzi, nie tylko w sieci. Widać że oni się przestali się bać, zaczęli czerpać z tego radość.

W jaki sposób Twoim zdaniem można zachęcić kobietę, która – tak jak my w pierwszych ciążach – bardzo technicznie podchodzi do porodu? Jest tyle szumu wokół tego tematu, m.in. dotyczącego znieczuleń przy porodach i teraz, gdy kobieta rodzi, przede wszystkim chce szpitala z tym znieczuleniem…

Przede wszystkim – nic na siłę. Zawsze trzeba sobie zadać pytanie, co za tym stoi. Strach. To nic złego się bać, to naturalne, że boimy się porodu. Myślę, że każdy człowiek powinien dokonywać własnych wyborów. W swojej pracy wykorzystuję dużo empatii, sporo w to zainwestowałam, wsłuchuję się w ludzi i staram się słyszeć co mówią. Są naprawdę różne przypadki. Moja przyjaciółka np. panicznie bała się porodu. Bardzo chciała zostać mamą, ale na myśl o porodzie ogarniała ją panika. Było mi trochę trudno to zaakceptować, ale w końcu zrozumiałam, że w tym konkretnym przypadku cesarka pozwoliła jej na macierzyństwo.

Mówisz, że trudno jest zaufać intuicji…

Kiedyś rodziny  były wielopokoleniowe i wielodzietne, wszyscy mieszkaliśmy razem. Młodsze siostry uczyły się od starszej siostry, starsze – od swojej mamy, którą mogły obserwować zAZZ2 najmłodszym dzieckiem przy piersi. I były jeszcze siostry mamy, ciocie, które też często mieszkały w pobliżu. Jednym słowem – wioska kobiet, która była ogromnym wsparciem. Kobieta w połogu miała zapewniony spokój i uczyła się od tych wszystkich kobiet tej roli, więc wiedza sączyła się z wolna i naturalnie przez całe życie. No i nie było tych wszystkich ulepszaczy wokół i kobieta musiała zdać się na siebie i na mądrość ciała.

XX wiek to zmienił, porody się zmedykalizowały i zmieniło się podejście do macierzyństwa. Pojawiły się rodziny nuklearne 2+2, obecnie już 2+1. Wyprowadziliśmy się od rodziców i zamieszkaliśmy osobno. W ogóle XX wiek postawił na osobność, osobne łóżko, osobna poduszeczka, własny wózek. A teraz to wszystko się trochę zmienia dzięki rodzicielstwu bliskości właśnie.

Nie chcę, by kobiety się obwiniały, że nie słuchały tej intuicji od początku, bo to jest bardzo trudne odkryć to w sobie. Trzeba mieć dużo szczęścia, by spotkać tę jedną osobę, która zrobi coś inaczej niż nam się wydaje i ten kamyczek nas później dokądś doprowadzi, do dobrych książek, dobrego miejsca czy do własnych przemyśleń. Bardzo współczuję nam wszystkim jako kobietom, bo jesteśmy takie zagubione w tym wszystkim.

Ja mam wrażenie, że wierzymy w instynkt, który przyjdzie i załatwi za nas wszystko. Chcemy zapanować nad wszystkim, gdy rodzi się dziecko, próbujemy żyć według książek i pilnować jego rozwoju, a potem trafiamy na, dajmy na to, Searsów, i co za ulga…

Tak, oni piszą, wyrzućcie te książki, w których napisane jest co dziecko powinno. Uczą nas słuchać i obserwować dziecko, w końcu to my jesteśmy rodzicami i gdy wsłuchamy się w siebie, wiemy co jest dla dziecka dobre. Następuje powoli jakościowa zmiana w myśleniu o rodzicielstwie. Agnieszka Stein napisała, żebyśmy nie czuli aż takiego sprawstwa w związku z tym, co się z tymi dziećmi dzieje, żebyśmy nie przypisywali sobie boskich umiejętności. Ona porównuje ten cały proces do siania ziarenka brzoskwini. Sadzimy, podlewamy, wystawiamy na słońce, chronimy przed zimnem, ale nie mamy na to wpływu, nie możemy sprawić, by z tego wyrósł pomidor. Jednym słowem, szanujemy indywidualność tego człowieka, którego powołaliśmy na świat. Możemy go bezpiecznie wspierać, ale nie mamy tych mocy, by w pełni zapanować nad jego rozwojem.

Anna Furmaniuk – jedna z założycielek Stowarzyszenia „Poznań w chuście”, doradczyni chustonoszenia (w szkole Clauwi®) instruktorka Masażu Shantala. Twórczyni szkoły rodzenia i naturalnego rodzicielstwa Gaja, współtwórczyni Matecznika. Prywatnie mama trzech dziewczynek. Pracuje w Poznaniu. Więcej info na stronie Ani.

Autorką zdjęć jest Dominika Czerniewska, Fotografia Bliskości