Kronsztad 1915. Granice pamięci

Jak sięgam pamięcią… – ta książkowa fraza brzmi może trochę nienaturalnie w ustach osoby po trzydziestce. No ale właśnie, dokąd nią sięgam, dokąd jestem w stanie nią sięgnąć? Gdzie są granice moich rodzinnych opowieści?

Pamiętamy własne dzieciństwo, mgliście czasem, ale pamiętamy. Pamiętamy jego smaki, zapachy, rodzinną, i społeczną atmosferę, w której przyszło nam wzrastać. Tysiące drobiazgów. Trenerzy rozwoju osobistego i psychologowie którzy uważają, że w tych początkach szukać należy potencjału do zmiany, gdy zabrniemy w ślepy zaułek, mają pewnie sporo racji. To z tych zasobów czerpią najwybitniejsi artyści i śmiali wizjonerzy, zaczynają od tych kilku fraz powtarzanych od dzieciństwa i tworzą z nich wyjątkowe projekty.

Ale mi chodzi o jeszcze dalej wysuniętą, choć dużo subtelniejszą granicę.

Historie opowiadane przez naszych rodziców, granice ich pamięci przyjmujemy z mniejszym lub większym dystansem. Układamy sobie w głowie ich życiorysy ze strzępków opowieści: zawstydzające anegdotki z dzieciństwa zdradzane  przez dziadków, jakieś młodzieńcze wagary, niedopowiedziane pierwsze miłości, opowieści z wojska czy ze studiów. Czasem nas trochę śmieszą, czasem przekraczają naszą wyobraźnię. Do czasu. Przychodzi moment, że pragniemy wiedzieć więcej, udokumentować, zapamiętać, zapisać, rozszerzyć granice naszej pamięci. Wciąż mi się wydaje, że mam dużo czasu. Ciągle jeszcze jesteśmy w pędzie: i ja, i oni. Mnożą się więc wymówki. Bo czy rodzice dzielą się wspomnieniami tak często? A czy my tak naprawdę chcemy ich słuchać?

Mijają jednak lata i jeśli rodzice mają szansę doczekać się późnej starości, by zostać dziadkami dorosłych wnucząt, czas kurczy się rozpaczliwie i wszyscy mają tego świadomość. Ok, przyznam się, może jestem dziwaczką lub muszę mieć od zawsze starą duszę, bo opowieści, zwłaszcza moich dziadków, robiły na mnie zawsze kolosalne wrażenie. Oni mieli czas na te opowieści, a ja chciałam ich słuchać. W dzieciństwie, bo później, wstyd przyznać, miałam na to już mniej czasu. Czasem były to bolesne wspomnienia z doświadczanej w młodości wojnie i jej konsekwencjach, które woleli przemilczeć. Kiedy indziej, dużo częściej, to barwne obrazy z międzywojennego Białegostoku, które pozostały w pamięci mojego Dziadka. Dzieli się nimi podczas rodzinnych biesiad po dziś dzień, nierzadko się powtarzając; dzielił się nimi na spacerach po Białymstoku, na spacerach tak intensywnych, że trzeba było mieć dużo energii, by za nim nadążyć.

Mój Dziadek w lutym br skończył 94 lata i wciąż ma dużo do opowiedzenia. Czasem nie słuchamy uważnie. Choć, prawdę powiedziawszy, z jego pamięci korzystamy nie tylko my, najbliżsi, korzystają z niej również lokalni historycy, którzy spisują jego opowieści.

001Ale jedno archiwalne zdjęcie wynalezione w rodzinnych zbiorach nie daje mi spokoju… W oryginale jest piękne i dla mnie wyjątkowe, w archiwizacji traci swój czar, stając się jednym z wielu podobnych starych zdjęć. To upozowana elegancka fotografia z początku XX wieku, z czasów kiedy fotografowanie było świętem i wymagało specjalnego anturażu. Mężczyzna w lekko za dużym trzyczęściowym surducie, szczupły z wąsami w szpic, wyprostowany, patrzy wprost w obiektyw aparatu. Obok siedzi kobieta w ciemnej bluzce z efektownym, białym kołnierzem i w długiej aż do ziemi, czarnej spódnicy. Jest szczupła, choć pod przyciężkim suknem trudno dostrzec jej sylwetkę. Pewnym gestem trzyma w rękach małe dziecko, mniej więcej roczne, w białym czepku i białej sukieńczynie. Wszyscy troje, poważni i skupieni, odświętni,  w swoich najlepszych, choć nie najlepiej dopasowanych ubraniach, trochę jednak niepewni, trochę może onieśmieleni tym niecodziennym, niezwykłym wydarzeniem.

Na odwrocie odręczny, wykaligrafowany napis Kronsztad, 1915.

Wiem o nich trochę, ale niedużo. Ich twarze, sylwetki są dziwnie znajome, choć przecież mi nieznane. Tych dwoje to rodzice mojego Dziadka, uwiecznieni na zdjęciu właśnie skończyli trzydziestkę. To dziecko z fotografii to jego najstarsza siostra. Przyszła na świat w Kronsztadzie, w burzliwym 1914 roku, na 9 lat przed urodzeniem Dziadka. W Kronsztadzie? Ano właśnie. Nie dowiem się już, jakie zawieruchy pchnęły ich do Kronsztadu, ufortyfikowanego portu morskiego położonego blisko Sankt Petersburga, a odległego od okolic ich rodzinnej Lidy o blisko 1000 km. Mój Dziadek nie zna tej historii. Mogę domniemywać, że zaprowadziła ich tam wojna i carskie ukazy. Tropy prowadzą ku Bieżeństwu, ale nie mam pewności, muszę wkrótce sięgnąć po książkę. Jak się tam razem znaleźli? Jak podróżowali? Jakie towarzyszyły im emocje? Czy wiedzieli już, że spodziewają się dziecka? Co tam mógł robić mój pradziadek, skromny ogrodnik? Czy byli tam jeszcze podczas rewolucji październikowej? Czy to właśnie związana z nią zawierucha pozwoliła im opuścić Kronsztad?

Po I wojnie dotarli do Białegostoku, urodziło się im jeszcze czworo dzieci. Jedno z nich zmarło we wczesnym dzieciństwie, dwoje doczekało późnej starości. Oni sami zmarli rok po roku w połowie lat trzydziestych, osierocając dzieci, którymi zajęli się ich dziadkowie. To dziadkowie i stryjowie wypełniali te białe plamy pamięci, snując własne mikroopowieści o życiu z przełomu XIX i XX wieku. Wiem dzięki nim sporo, choć wygląda na to, że ta jedna wyprawa pozostanie już dla mnie tajemnicą.

Jakże pełno takich nieopowiedzianych w porę historii kryje się w naszych rodzinnych archiwach… Czyżby wdzięczność to w porę poświęcony czas, którego tak bardzo nam na to wszystko brakuje? I czy jednym z najtrudniejszych ćwiczeń z uważności nie jest przypadkiem skupienie i uwaga, by po raz kolejny wysłuchać tej samej historii nie z naszej młodości?

Zdjęcie otwierające tekst mam stąd. Fotografię w środku tekstu z rodzinnego archiwum.