Grzechy nadmiaru. Przegląd minimalistycznych inspiracji

Jestem mocno już wciągnięta w ideę minimalizmu czy może raczej optymalizmu, choć wciąż jeszcze mam wrażenie, że daleko mi w tym procesie do pełni sukcesu. Co oczywiście, sprawia, że jest to dla mnie wciąż atrakcyjne, a wędrówka przez kolejne stadia powściągliwości i ograniczania jest ekscytująca. Na dzień dzisiejszy rozumiem minimalizm jako nieustającą pracę nad sobą, pracę w dużej mierze zgodą z moimi potrzebami i predyspozycjami, ale wciąż jeszcze niewolną od potknięć.

Zatem, cóż, dziś trochę o tych potknięciach. I jednocześnie o minimalistycznych inspiracjach znalezionych na stronach i blogach, na które lubię zaglądać.

Bałagan

Oj pisałam już trochę o tym w przedremontowym poście [klik]. Wciąż jednak mam nieodparte wrażenie, że nie możemy się uporać z ograniczaniem przedmiotów w odpowiednio szybkim tempie. Przestrzeni przybywa, ale wciąż jeszcze nie wystarczająco, by zorganizować miejsce dla najmłodszego członka rodziny. Ograniczam, przekładam, porządkuję i dlaczego wciąż mam wrażenie, że idzie mi to za wolno, że przedmioty wędrują poza miejsce przeznaczenia, że stosy papierów się nie zmniejszają, tylko wciąż z otchłani szuflad wyłaniają się wciąż nowe. A czas, choć nie znoszę o nim myśleć w tych kategoriach, czas się nam kurczy…

Czy istnieje nań idealna metoda? Pewnie nie do końca. W jednym z ostatnich wpisów [klik] Ajka przywołuje książkę Magia sprzątania, która skłania do radykalnego pozbycia się nadmiaru.  A jednocześnie próbuje uczynić ze sprzątania trochę magiczny rytuał, pozwalający określić czy czerpiemy radość z kontaktu z danym przedmiotem. Wydaje mi się, że jestem radykalna, dość ostro obeszłam się choćby z biblioteką, ostro potraktowałam pokój dziecięcy i ponawiam te ćwiczenia z ubywania regularnie. Ale wciąż nie do końca widzę efekty i czuję, że przy małym dziecku, a wkrótce dwójce zabawa w sprzątanie będzie nieustannym rytuałem, rodzajem syzyfowej pracy…

Z drugiej jednak strony  kilka słów o bałaganie z innej niż minimalistyczna perspektywy opowiedziała ostatnio Natalia Przybysz [klik] Piosenkarka mówi o rezygnacji z perfekcjonizmu i pedantyzmu, o przyzwoleniu na bałagan. Cóż, choć pedantyzm nie był moim problemem, ale pewien rodzaj akceptacji dla wad i niedociągnięć jest bliską mi postawą.

Marnowanie żywności

Wstydliwa sprawa. Mimo skrupulatnych dość list zakupów zdarza nam się wyrzucanie jedzenia. Znajdujemy się tym samym w gronie 39 % polskiego społeczeństwa, które przyznaje się do tego problemu. Najczęściej marnuje nam się pieczywo i tu znów jesteśmy statystyczni, bo z pieczywem ma problem najwięcej Polaków, ale zdarzają się też inne produkty z niechlubnej listy top 10: warzywa i jogurty, których nie udaje nam się zjeść przed upływem daty przydatności lub zanim się zepsują [dane stąd: klik]. Konstruktywne pomysły? No jest ich kilka. Jan Kuroń zdroworozsądkowo poleca [klik] skrupulatne listy, nieuleganie „promocjom”, które skłaniają nas do wkładania do wózków dodatkowych produktów, porządek w lodówce i częste przeglądy. Przyznam, że od jakiegoś czasu dokonywać bardziej świadomych zakupów – idzie nam lepiej, ale wciąż jest nad czym pracować.

Bycie on-line

Teoretycznie wiele wiem o detoksach informacyjnych. Bywały i są momenty, głównie związane z pracą [nazwijmy ją] naukową i pisaniem większych tekstów, gdy wyłączałam się z sieci skutecznie i kompletnie. Po jednym z takich odwyków weszło mi w nawyk nieczytanie plotek i jestem dużo zdrowsza dzięki temu nawykowi. Bardzo dużo na ten temat inspirujących tekstów w minimalistycznej blogosferze [klik], [klik]. Jasne, że lubię najbardziej te praktyczne nie teoretyczne, bo teoretycznie to ja wszystko wiem. Ale… no właśnie ale. Moje ostatnie odcięcia, zwłaszcza od fejsbuka, są niepokojąco krótkotrwałe. Mimo porządków, które przeprowadzam polegających na „odlubianiu” stron, na rezygnowaniu z niektórych znajomości i mimo ram, które sobie wyznaczam, korzystając z mediów społecznościowych, wciąż mam wrażenie, że za bardzo tracę czas. I teraz – pytanie całkiem serio do blogerów: czy naprawdę udaje się Wam być poza siecią, będąc tej sieci częścią? Wciąż początkującą, ale jednak?

i na koniec… Pokusy

Dosyć dzielnie rezygnuję z pokus, o których pisały inne blogerki m.in. przywoływana już Ajka [klik] i Kasia z Drogi do minimalizmu [klik] Obracam w głowie większość przedmiotów, które chcę kupić i bardzo często stwierdzam, że nie są mi potrzebne. Bardzo rozważnie kupuję rzeczy dla dziecka, dość precyzyjnie szykuję wyprawkę dla następnego. Praktycznie nie kupuję w tym momencie ubrań dla siebie, a nawet gdy to robiłam, trudno było mnie „uwieść” i skłonić do nieprzemyślanego zakupu.

Ale mam swoją piętę achillesową… Domyślacie się już? Tak, książki. Pilnuję, by nie gromadzić, skoro właśnie się pozbyłam [klik], ale biblioteka moja i dziecięca to przestrzeń, która najbardziej narażona jest na pokusy. Stawiam im czoła, z pomocą bibliotek, dość dzielnie, niemniej czuję czasem jakbym stąpała po grząskim gruncie.

Wszystkie te wątpliwości, którym się tu dzielę, w moim odczuciu – przydają smaczku i atrakcyjności całej idei i mojej jej realizacji. Bez potyczek nie ma ani zabawy, ani prawdziwych sukcesów. Droga do minimalizmu prowadzi mnie niekiedy przez kręte ścieżki własnych, mało chlubnych przywyczajeń, ale przy okazji zmusza do konfrontacji i do bardziej ugruntowanej, a nie tylko chwilowej zmiany.

Źródło zdjęcia [klik]