Dorastanie „złej matki”

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/praca-na-cale-zycie
okładka ze strony wydawcy http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/praca-na-cale-zycie

Czytając Pracę na całe życie. O początkach macierzyństwa Rachel Cusk urodzonej w Kanadzie, angielskiej prozaiczki, trudno wyobrazić sobie, że przed 14 laty ta książka wywołała skandal w Wielkiej Brytanii a sama autorka w jego wyniku popadła w depresję. Do tej pory nazywana jest „złą matką”, pod tym hasłem ukazywały się regularnie liczne wywiady i artykuły na całym świecie. Sława Cusk wyprzedziła wydanie jej książki w Polsce, wywiad poświęcony książce ukazał się w „Wysokich Obcasach” na długo przed jej polską publikacją.

Dwa autorskie wstępy, które poprzedzają autobiograficzną historię o pierwszej ciąży i pierwszych miesiącach macierzyństwa, wzmacniają w czytelniku lęk, ale i zarazem budzą ciekawość. Niewykluczone, że gdybym nie była matką, a kobietą planującą dziecko, zawahałabym się na tym etapie, odkładając książkę na półkę. Ciekawość zwyciężyła, sięgnęłam, nie żałowałam ani chwili.  W moim odczuciu Cusk powinna raczej stać się symbolem macierzyństwa wątpiącego niż synonimem „złej matki”.

Jest to niewątpliwie rzecz o chwilowym zawieszeniu podmiotowości, o desperackim poszukiwaniu kompromisu między potrzebami własnymi a potrzebami małego dziecka. Cusk pisze z perspektywy kobiety, która nie dowierza (i słusznie!) lukrowanym obrazom macierzyństwa, której nie wystarczają frazesy i matczyne grupy wsparcia, która nie odnajduje się w żadnej z tradycji wychowania dzieci. Wszystko to sprawia, że w pierwszych miesiącach macierzyństwa pozostaje osobna i głęboko w macierzyństwie samotna, zmuszona do wyprowadzki z przestrzeni dla bezdzietnych, a nie potrafiąca odnaleźć wspólnoty z dzietnymi.

Jej bezkompromisowo szczera relacja zaprasza za kulisy macierzyństwa, które najwidoczniej przed 14 laty w Anglii pozostawały nieodsłonięte, skoro okazały się tak szokujące. Tymczasem Cusk nie bała się wyrazić całej gamy stabuizowanych odczuć, czyniąc to przy tym autoironicznie, co stanowi ogromny walor tej książki. I tak: tęsknota za wolnością jest desperacka i najczęściej z góry skazana na porażkę, prezentowana z dużą dozą dystansu i autoironii – jak w scenie, gdy zostawia parodniowe dziecko pod okiem teściowej, by wybrać się na zaplanowany wcześniej koncert, a w rzeczywistości wędruje od budki telefonicznej do budki, by finalnie wrócić przed rozpoczęciem koncertu. Potrzeba spokoju i skupienia polega w konfrontacji z trudnością znalezienia odpowiedniej opiekunki. Małe dziecko to nieodgadniony chaos, hałas i brak stabilizacji, z którym narratorka pozostawiona jest przez większość dnia sama sobie. Przeżywa wraz z nim amplitudę emocji, pisząc głównie o tych trudnych. Jest ich niemało, bo jako że nie znajduje oparcia w żadnej macierzyńskiej wspólnocie, broni się przed narracją poradników i próbuje działać rozumowo. Powstaje w ten sposób osobista opowieść o tęsknocie za autonomią i powolnym rodzeniu się relacji rodzicielskiej, która kwestionuje instynktowny wybuch macierzyńskich uczuć, co prawdopodobnie stanowiło jeden z problemów w jej odbiorze i miało wpływ na burzliwą recepcję tej książki.

Książka – oprócz jednostkowej historii Cusk – kryje w sobie jeszcze jedną erudycyjną warstwę: oto w swoją narrację autorka wplata opowieści o matkach jako bohaterkach literackich. Wybiera spośród nich te, które z konsekwencjami „złego macierzyństwa” się zmagały (m.in. Emmę Bovary czy Mary Lennox, bohaterkę Tajemniczego ogrodu). Ta tendencyjna selekcja niejako legitymizuje jej punkt widzenia, bo zestawione w tym szeregu postaci sygnalizują, że problemy, o których pisze, nie są niczym nowym, choć inaczej były rozwiązywane na przestrzeni wieków. Kulturowy aspekt tej książki wzmacnia jeszcze przegląd teorii wychowawczych, o których czyta narratorka. To zabieg dość oczywisty, ale niezmiernie ciekawy – dzięki zestawieniu sprzecznych ze sobą pomysłów powstałych na przestrzeni dziesięcioleci, czytelnik nabiera dystansu wobec „jedynie słusznych” rozwiązań.

Kiedy po latach od publikacji czyta się w Polsce książkę Cusk, kategoria matek-frustratek jest już dość dobrze zakorzeniona nie tylko w polskiej blogosferze, ale i w szerszej świadomości społecznej. Krytycy wciąż mogą autorce zarzucić, że jej narratorka myśli miejscami bardziej o sobie niż o swoim dziecku, co skutkuje krańcowym nieprzygotowaniem do roli matki, a niektóre z jej zachowań mogą wzbudzać niepokój, niedowierzanie lub nawet oburzenie. Nie w tym jednak rzecz, czego narratorka nie wiedziała o opiece nad niemowlęciem, a w tym jak ze swojej jednostkowej historii uczyniła opowieść o dorastaniu do macierzyństwa i o wtajemniczeniu, które przychodzi wraz z doświadczeniem.

Zdjęcie autorki znalezione tu.