Codzienna praktyka uważności. Na marginesie lektur Kabat-Zinna

Pisałam o tym już parokrotnie – lubię praktykować uważność, uczyć się jej od własnego dziecka i uczyć jej dziecka, pogłębiać własną praktykę bycia zanurzonym w teraźniejszej chwili. Coraz częściej dzieje się to mimochodem. Szukam pretekstów do codziennych medytacji, do porządkowania rozbieganych myśli i bardzo sobie cenię te coraz częstsze chwile, gdy udaje mi się utrzymać skupienie na teraźniejszości. Jednocześnie bliższa jest mi idea praktykowania medytacji w codziennych sytuacjach niż klasyczna medytacja. Może jeszcze dorosnę i do tej formy, nie wiem. Dziś jednak chciałam podzielić się kilkoma sposobami na medytację mimochodem, zwykłą radość z bycia tu i teraz znajdowaną w pozornie rutynowych zajęciach.

Stereotypowo wyobrażamy sobie, że medytacja jest dla tych, którzy mają czas. Wyobrażamy sobie odosobnienie, pozycję kwiata lotosu, spokojne i równomierne oddechy, powolny przepływ nieosądzających myśli, leniwie płynący czas. Świadoma koncentracja na oddechu jest faktycznie (niezwykle skuteczną!) podstawą praktyki uważności i kryje w sobie dużo ukojenia, o czym piszą i uczą trenerzy tej techniki [klik] [klik]. Podobnie jak nieosądzające myśli. Reszta jest pewnie zbiorem stereotypów i naszych wyobrażeń o medytacji. Owszem, miejsce odosobnienia może okazać się przydatne, podobnie jak wygodna pozycja, która pozwala nam na lepsze rozpoznanie naszego ciała. Ale myślę, że praktykować uważność można nie tylko w perfekcyjnie przygotowanych na to chwilach, nie tylko w odosobnieniu i nie tylko w oderwaniu od codzienności.

Medytacje rodzicielskie. Dla kogo jest medytacja?

Ciekawy paradoks znajduję we wspólnej książce Kabat-Zinnów, przywoływanych przeze mnie parokrotnie Darach codzienności. W zasadzie pojawił się on na marginesie tej książki, jednak przykuł moją uwagę. Myla pisze, że nigdy nie oddawała się klasycznym medytacjom, ale nierzadko traktowała wspólne chwile z trójką ich dzieci, zwłaszcza gdy były bardzo małe jako pretekst do medytacji. Chwile głębokiego skupienia znajdowała w szczególnej więzi i bliskości, które tworzyła z dziećmi. Jon natomiast dość szczegółowo opisuje swoje praktyki medytacyjne, polegające na odosobnieniu, przybieraniu odpowiedniej medytacyjnej pozycji etc. Te wyznania obydwojga autorów potwierdzają moje spostrzeżenia dotyczące funkcjonowania w rodzinie kobiet i mężczyzn. Daleka jestem przy tym od stereotypu matki Polki, dzielę się z mężem obowiązkami w opiece nad naszym dzieckiem i w wielu kwestiach jestem mocno odciążona. Niemniej ta dysproporcja jest widoczna, zwłaszcza gdy ma się bardzo małe dzieci. Innymi słowy, żeby ktoś mógł w odosobnieniu realizować swoje cele, ktoś musi zostać z dziećmi i definiować realizację celów w inny sposób. W tym także medytacyjnych praktyk.

Trop zaproponowany przez Mylę jest dobrze znany młodym matkom, które niekoniecznie nawet są świadome, że w ten sposób praktykują uważność. Intensywne skupienie na małym dziecku, na tworzonej wspólnie bliskości i więzi, na radości z obserwowania wraz z nim jak poznaje swoje ciało i jak zachwyca się światem, to jedno z najfajniejszych doświadczeń człowieczeństwa. Przeżywałam ją z własnym dzieckiem, wielokrotnie obserwowałam z boku jak doświadczają jej inne mamy. Nie idealizuję jednak macierzyństwa, takie chwile to czasem przebłyski, czasem dłuższe chwile radości i wiadomo, że przeplatają się z innymi stanami: ekstremalnym zmęczeniem, lękiem, czasem bezsilnością i złością. To też są momenty, w których wyciszanie się i koncentracja na oddechu pomaga. Choć nie oszukujmy się, wówczas pomagają przede wszystkim bliscy ludzie, którzy gotowi są dostrzec, że młoda matka potrzebuje odciążenia.

Medytacje nasze codzienne

2090347644
Okładka ze strony wydawnictwa Czarna Owca

Oddaję jednak sprawiedliwość Jonowi Kabat-Zinnowi, który również pięknie pisze o codziennych uważnościowych praktykach w książce pod zachęcającym tytułem Gdziekolwiek jesteś, bądź. Dlaczego wbiegamy po kilka schodów na raz, zamiast na spokojnie napawać się wchodzeniem? No cóż, ja się teraz  zdecydowanie „napawam”, moje powiększone o ciążę ciało daje mi znać o sobie z każdym stopniem. Ale czy wyobrażacie sobie, że czyszczenie piecyka może być formą medytacji? Tak! Książka Kabat-Zinna roi się od takich przykładów. Nie mogę się oprzeć temu piecykowi, przeczytajcie sami:

Gdy czyszczę kuchenny piecyk, mogę się jednocześnie zatracać i odnajdywać. Jest to wspaniała, choć rzadka okazja do praktykowania uważności. Moją ambicją jest, by piecyk znów stał się jak nowy.

Używam szczotki do szorowania, która jest dość ostra, by z pomocą sody oczyszczonej zedrzeć przypalone jedzenie, ale za słaba bym mógł na tym porzestać. Zdejmuję palniki i ruszty, a nawet kurki i moczę je w zlewie. Na koniec montuję je z powrotem. Potem skrobię każdy centymetr kwadratowy powierzchni piecyka, czasem ruchami okrężnymi, czasem posuwistymi. Zatapiam się w ruchu w koło i w koło, i w tył, i w przód, czując ten ruch w całym ciele. Na koniec dokładnie wycieram szmatką cały piecyk.

Czasem wzbogacam swoje doświadczenie muzyką. […] Pewnego poranka towarzyszyła mi muzyka Bobby’ego McFerrina. A więc czyszczenie staje się tańcem, dźwiękami, rytmami i ruchami mojego ciała, które zlewają się i stapiają razem. Dźwięki rozwijają się wraz z ruchem, doznania stają się bogatsze, zależnie od potrzeby  zmienia się nacisk palców na szczotkę, przypalenia powoli zmniejszają się i znikają, wszystko w harmonii z muzyką. I w końcu piecyk jest czysty. Odzywa się wewnętrzny głos, który przypisuje sobie zasługę („zobacz do jakiego połysku doprowadziłem piecyk”) i oczekuje pochwały („czy nie spisałem się na medal?”), ale szybko cichnie wobec szerszego zrozumienia tego, co się stało.

Mówiąc szczerze, nie potrafię się pozbyć przekonania, że to ja wyczyściłem piecyk. Ale jest to bardziej tak, że on sam siebie wyczyścił z pomocą Bobby’ego McFerrina, szczotki, sody oczyszczonej i gąbki, przy akompaniamencie gorącej wody i bieżących chwil.

Ten przezabawny skądinąd opis demonstruje jak praktykować uważność i oddawać się medytacji w pozornie nieprzeznaczonych do tego chwilach. Jest mi bliski, nie tylko dlatego, że dzielę z autorem sympatię do muzyki Bobby’ego McFerrina, przy której napisałam gro moich prac i artykułów i która towarzyszy mi zawsze wtedy, gdy potrzebuję skupienia. Jest mi też bliski, bo od czasu do czasu zdarzają mi się takie namiętne porządki. No przyznam się, najczęściej późnym, późnym wieczorem. Jasne, że takie czynności jak sprzątanie można  wykonywać mechanicznie, ale ile korzyści i spokoju płynie z takiej głębokiej koncentracji na tym, co się właśnie robi?

Takie przykłady można mnożyć. Możne ich doświadczać w różnych chwilach. Parę tygodni temu Tofalaria tu na tym blogu podzieliła się w komentarzu piękną historią o praktykowaniu uważności… w kolejce na poczcie, które – wbrew wszystkiemu – poprawiło jej humor na resztą dnia. Lubię myśleć, że na tym właśnie polega codzienna praktyka uważności i codzienna medytacja, która mimochodem, niepostrzeżenie dostarcza naszemu rutynowemu życiu małych radości.

Na koniec – nie może być inaczej – mistrz muzycznej radości życia – Bobby McFerrin.

Źródło zdjęcia [klik]

  • http://o0krysia0o.blogspot.com o0krysia0o

    😀 zgadzam się w całej rozciągłości! i aż trochę żałuję, że pewnie nieprędko będzie mi dane czyszczenie piecyka, bo póki co Hania mi na to nie pozwoli pragnąc bym mą uważność ćwiczyła na niej 😉
    Ściskam!

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      Szczerze powiedziawszy, po przepisaniu tego fragmentu i dokończeniu wpisu, pobiegłam umyć swoją kuchenkę 😉

  • http://ograniczamsie.blogspot.com/ Kasia W | Ograniczam Się

    Zaczęłam lekturę Kabat-Zinna, dzięki za rekomendację! Od razu jakoś inaczej mi się oddycha 😉

    • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

      Cieszę się 🙂