Ciąża z rozmysłem. Wspieranie kompetencji zamiast zakupów

Gdy stawałam się mamą po raz pierwszy, czas ciąży wiązał się dla mnie z radością, mistycznym niemal oczekiwaniem i przeczuciem rewolucji. Ale też – ogromnym lękiem przed porodem i wieloma wątpliwościami dotyczącymi tego, czy poradzę sobie z byciem mamą. Jednym słowem – mnóstwem mieszanych uczuć. Nie sądzę, abym była w tym odosobniona. Więcej, jestem tego pewna.

Gdybym z perspektywy czasu mogła przekazać coś sobie jako debiutującej mamie, powiedziałabym, nie bój się, czeka cię rewolucja i nie przewidzisz wszystkiego. Pamiętaj, że na niepewności, lęku i wątpliwościach, na tych statystycznych dość odczuciach towarzyszących nie tylko pierwszej ciąży, ale i rodzicielstwu w ogóle można zbić niemały kapitał. Czyhać będzie na ciebie kilka nieuniknionych pułapek…

Medykalizacja porodu zamiast wspierania kompetencji

Tracimy kontakt z własnym ciałem, boimy się bólu, który ciężko sobie wyobrazić. Ile kobiet, tyle historii. Traumatycznych, trudnych, pełnych przykrych słów personelu szpitalnego, o których ciężko zapomnieć. Nierzadko również zaniedbań, z których konsekwencjami trzeba sobie radzić na różnych poziomach: od psychologicznego aż po – w skrajnych przypadkach – prawny.

Ale i dobrych. Dobry poród to poród z szanującym cię personelem, w którym masz choć cień wpływu na jego przebieg. Z bliską ci osobą, która radzi sobie z intensywnością tego doświadczenia. Z kontaktem skóra przy skórze po porodzie. Z dobrym doradcą laktacyjnym na oddziale. Mój poród był właśnie taki.

Jasne, że nigdy nie wiadomo, co cię czeka i nie wszystko zależy w tym przypadku od twojej woli. W związku z tym zdecydowanie nie warto sobie tworzyć iluzorycznych wizji porodu. Nie w polskich szpitalach. Ale można popracować nad swoim ciałem i psychiką, przygotować się na współpracę. Dać z siebie wszystko. Utwierdzać się w przekonaniu, że da się radę. Nie słuchać tych, którzy mówią inaczej, bo nierzadko kosztem ciężarnej na jej niepewności i lęku najzwyczajniej w świecie chcieliby zarobić.

Będąc w piątym miesiącu pierwszej ciąży, zapytałam prowadzącego ją lekarza, czy poleca szkołę rodzenia. Odpowiedział, że i tak nie nauczę się porodu, że położne wyciągają w ten sposób pieniądze. Że mogę z nim umówić się na poród, za stosowną, niemałą opłatą. Powtórzył kilkukrotnie, żebym nie zapomniała. Oniemiałam. Więcej do niego nie wróciłam. Zrobiłam dokładnie odwrotnie, starając się najlepiej jak mogę przygotować do porodu, choć lęk towarzyszył mi niemal do końca. Lekarz podczas mojego porodu był obecny tylko przez krótką chwilę.

Połóg. Pierwsze zaskoczenie

Po moim dobrym porodzie rozpoczął się okres, który zmiótł mnie i zaskoczył swoją intensywnością. Był oczywiście pięknym, przepełnionym nieznaną mi wcześniej miłością czasem. Nie da się jednak ukryć, że fizjologia połogu, towarzyszących mu licznych dolegliwości bólowych i obowiązków związanych z nową rolą była dla mnie trudnym doświadczeniem. Poradziłam sobie z nim, dzięki wsparciu najbliższych, które otrzymałam. Innymi słowy, nie byłam sama.

Znacie dokumentalny film Bobasy? Jeśli spodziewacie się pierwszego dziecka, poznajcie koniecznie. Poprzez neutralne w sumie zestawienie czterech równoległych zapisów dokumentalnych z pierwszego roku życia dzieci wychowywanych w różnych kulturach, uzmysławiamy sobie dość oczywistą, ale niezmiernie przy tym ważną rzecz. Współczesna kultura zachodnia otacza matkę i noworodka „niezbędnymi przedmiotami”, kompletnie alienując od wspólnoty. Zamyka je w czterech ścianach. Krótkie urlopy tacierzyńskie, zapracowane babcie, które nierzadko są setki kilometrów od rodziców i rzeczywistość, która często nijak się ma do cukierkowych wizji rodzicielstwa sprawiają, że ten pierwszy czas może okazać się prawdziwym szokiem. Tu nie chodzi o „podręczniki rodzicielstwa”, internetowe fora, przedmioty, które mają pomagać. Tu chodzi o czas, życzliwość i mądre wsparcie, które młodej matce jest potrzebne jak powietrze.

Nadmiar przedmiotów, który nie pomaga

Zakupy. To zaczyna się już w ciąży. Jesteś zewsząd bombardowana informacjami o niezbędnych produktach, bez których nie poradzisz sobie jako rodzic. Robiłam listy niezbędnych kosmetyków, przed i po porodzie gromadziłam przedmioty, które miały mi pomóc w byciu mamą. Czytałam fora, wpadałam w pułapkę porównywania i wydawało mi się, że dziecko rozwijać będzie się lepiej, jeśli tylko kupię mu daną rzecz. Nie muszę już dodawać, że z perspektywy czasu wiem, że znakomita większość z tych zakupów była kompletnie zbędna, nietrafiona lub niepotrzebna.

Mieszkam blisko dużego sklepu z artykułami dziecięcymi i czasem wpadam tam po jakiś drobiazg. Widzę ich nieustannie. Ciężarne mamy i przejęci tatusiowe pchają wózki wypełnione po brzegi tysiącem zbędnych przedmiotów. Sprawdzają listy zakupów, bojąc się by czegoś nie zapomnieć. Znam to z autopsji, uśmiecham się, no cóż… nie w tym rzecz.

Moja córka należała do dzieci szczególnie wymagających. Wielogodzinne noszenie, wielogodzinne tulenie, króciutkie spanie przerywane przez byle szelest to była nasza codzienność. Rodzicielstwo w pierwszych miesiącach wymagało stuprocentowej uwagi. Testowaliśmy wiele różnych sposobów: bujaliśmy w wózku na specjalnych konstrukcjach, kołysaliśmy w bujaczku, wychodziliśmy na długie spacery. Próbowaliśmy wprowadzać regularny rytm dnia i niepowodzenia w tym zakresie doprowadzały mnie do poważnych kryzysów. Karmiłam piersią i dokarmiałam butelką, nie mogąc połapać się w sygnałach, które wysyła mi dziecko. A ono po prostu potrzebowało bliskości mamy. Żadna z tych cudownych przeszkadzajek nie zbliżała mnie do tej wiedzy. Związane z nimi zakupy wyposażały nas w rzeczy, ich nieskuteczność budziła dodatkową frustrację. Moglibyśmy się bez nich spokojnie obyć, gdybym miała wówczas podstawową wiedzę związaną z High Need Babies.

Zamiast?

Odpowiedź jest banalnie prosta. Choć presja bazująca na lęku i niepewności związanym z pierwszym rodzicielstwem jest ogromna i możliwe jest, że nie uniknie się raf, warto najzwyczajniej w świecie wspierać swoją kompetencję. Poszukiwać wiedzy, która wzmocni. Nie jest ona przesadnie ukryta: jest w książkach, które dowartościowują młodego rodzica czy w grupach wsparcia, których warto poszukać. W doświadczeniach matek z dłuższym stażem, ale nie tych, które chcą ci coś twoim kosztem udowodnić. Nie warto słuchać przekazów, które budzą lęk. Warto zaś ufać intuicji bardziej niż marketingowi dziecięcemu. Otaczać się wspierającymi ludźmi, ale jednocześnie z rozsądkiem i dystansem przyjmować „dobre rady”, które potrafią skutecznie zburzyć spokój młodego rodzica.

Po kilku latach od opisanych tu wydarzeń myślę o sobie jako o młodej matce z wyrozumiałością. Błądziłam we mgle, gubiłam się i popełniałam błędy. Wydawało mi się, że trudności nigdy się nie skończą, ale one mijały, a w ich miejsce pojawiały się i pojawiają następne, coraz bardziej skomplikowane. Więc gdybym jeszcze coś mogła sobie sprzed kilku lat przekazać, powiedziałabym, że nie będę mamą idealną i żebym się tym nie przejmowała. Na luzie. Gotowość do refleksji nad sobą, gotowość do wsłuchiwania się we własne dziecko i miłość wystarczą by być mamą wystarczająco dobrą. A to naprawdę wiele.

Na zdjęciu autorka oczekuje kolejnego dziecka. Autor zdjęcia – [klik]