„Chcesz pokoju, szykuj się na pokój”.

Dyskomfort z moim „nie wiem” dotyczącym problemu migracji prowadzi mnie w głąb i głąb tego tematu. Nie mogę i nie chcę się od niego uwolnić, szukam odpowiedzi, które pozwoliłyby na wyjście z pułapki bezradności. W sobotę zaprowadził mnie na spotkanie poświęcone „Wędrówce Nabu” Jarosława Mikołajewskiego i skłoniło do przeprowadzenia rozmowy z autorem, dziś na seminarium „Chcesz pokoju szykuj się na pokój” skierowanym do nauczycieli i dotyczącym edukacji dla pokoju. Wszystko to w obliczu zamachów w Manchesterze podczas koncertu Ariany Grande i powracającej narracji o domniemanej słuszności nieprzyjmowania uchodźców.

Wracając z konferencji, gdzie wysłuchałam szeregu wystąpień bardzo zaangażowanych w refleksję o pokoju ludzi, wsiadłam do taksówki. Miły, starszy taksówkarz słuchał informacji w radiu dotyczących zamachów w Manchesterze. Reporter pojechał na miejsce wydarzeń i rozmawiał ze świadkami tragedii, mówili o ofiarach, o małych dziewczynkach starszych niewiele od mojej córki, które zginęły lub zaginęły podczas eksplozji. Kierowca, wyczuwając chyba moje pełne napięcia skupienie, zagadnął, i co z tymi uchodźcami – przyjmować czy nie przyjmować? Był zdania, że nie, a jednocześnie był głęboko wierzący i – miałam przy tym wrażenie –  także poruszony, wrażliwy i inteligentny.

Wzięłam głęboki oddech, bo tylko ja wiem, jak nie znoszę takich rozmów. Jak – nic na to nie poradzę – tam gdzie dominuje pewność, ja widzę półcienie. Jak wolę trzymać w sobie swoją wrażliwość niż ją w takich sytuacjach manifestować. A jednak zamanifestowałam, po swojemu, zasiewając w nim wątpliwości niż go autorytarnie przekonując, że mam rację.

Jesteśmy zagubieni. Wokół nas chaos informacyjny. Internet, w którym status na facebooku czy komentarz pod artykułem staje się orędziem w walce o własną rację. Nierzadko podważa pracę dziennikarza, który nad komentowanym tekstem pracował. Inna sprawa, że dane, z których buduje się tekst dziennikarski są szczątkowe, nie zawsze wiarygodne, nie zawsze sprawdzone przed publikacją. Internet przyjmie wszystko. Opinie, które powielamy są afektywne, zniekształcają świat wedle doraźnych, cynicznych potrzeb tymi, którzy sterują informacją. Coraz mniej umiemy usiąść i ze sobą rozmawiać, przekonywanie się do swoich racji jest wyzwaniem godnym Syzyfa. Gdy spotykamy rozmówcę o poglądach innych niż my, pielęgnujemy w sobie jego zniekształcony obraz, nie dopuszczając myśli, że to, co nas z nim łączy, to zagubienie i bezradność.

Na seminarium tę jednostkową bezradność przeciwstawiano usieciowieniu i czynieniu dobra na różnych poziomach. Wiedzy, która konfrontuje z przesądami i stereotypami. Działaniu, które skłania ku dalszemu działaniu. Książkom, które niosą przemilczane historie i budują między sobą mosty kontekstów. Piosenkom i protest songom, które w niedydaktycznej, nierzadko lekkiej formie przeciwstawiają się złu. Mówiono o filozofii pokoju i filozofii wojny, patosie i sztywnym przywiązaniu do wartości, którym przeczy ironia i witalność, czyli przywiązanie do życia. I o mózgu, który pracuje dla nas na trzech poziomach – atawistycznym, emocjonalnym i odpowiedzialnym za wartości, odpowiadając także za różny poziom lęku przed innym.

„Chcesz pokoju, szykuj się na pokój”. Tak brzmiał temat dzisiejszego spotkania. To cytat odsyłający do słynnej frazy Liwisza „Si vis pacem, para bellum” („Chcesz pokoju, szykuj się na wojnę”) zaczerpnięty z pism Józefa Rotblata, fizyka i zapomnianego laureata pokojowej nagrody Nobla, porzucił pracę nad bombą atomową ze względów moralnych oraz współzałożyciel ruchu Pugwash działającego na rzecz rozbrojenia i pokoju. „Chcesz pokoju, szykuj się na pokój”. Mocny, sugestywny, rewolucyjny w swoim przekazie cytat.

Spośród dzisiejszych poruszeń wybieram piosenkę Paula McCartney’a, która być może obiła mi się wcześniej o uszy, ale nie została przeze mnie naprawdę usłyszana. I zobaczona. Do dzisiaj. I od razu otworzyła we mnie kontekst, zbudowała swój most z piękną książką Davide Celi narysowaną umowną, prostą kreską Serge Blocha, „Wróg”. Rekomendowana przez Amnesty International prezentująca wojnę z perspektywy jednego, jedynego żołnierza, który siedzi w okopach i nienawidzi swojego jednego, jedynego wroga – wyobrażając sobie go jako uosobienie inności i zła, a z czasem odkrywając w nim takiego samego człowieka. Prosta, niesamowicie oszczędna w środkach wyrazu książka i dotykająca fundamentalnych spraw piosenka.

Czy macie takie same skojarzenia?

 

Dzisiejszego wieczoru rozbrzmiewają mi w domu Beatlesi. Gdy wysiadałam z taksówki, kierowca przyznał mi rację, zgodził się, że rządzi nami chaos. I chyba trochę wytrąciłam go z pewności, co ma o uchodźcach myśleć. To był mój mały dzisiejszy krok w stronę szerzenia idei pokoju, rozszczelnienie dla jednego człowieka pułapki dychotomii. Moje „nie wiem” pojechało z nim dalej, może trochę mu będzie doskwierać, choć przez chwilę.