Białe. Slow life na końcu świata

Z jednej strony masz tu wszystko: dziką naturę na wyciągnięcie ręki, podatek dochodowy 15,8 procent, uniwersytet, Globalny Bank Nasion, hotel Raddison Blu, chór, aerobik w wodzie, festiwale, galerię sztuki, grupę cyrkową, świeże awokado i ser halloumi. Z drugiej strony jesteś w najdalej wysuniętym na północ miasteczku, gdzie jest ciemno przez jedną trzecią roku, prawo zabrania posiadania kotów, nie ma pająków, najwyższa roślina to trzydziestocentrymetrowa trawa, warzywa kupujesz pakowane próżniowo i zamiast na ławce nad morzem siedzisz na europalecie. Prawdziwy świat to to nie jest.

 

W zasadzie sięgając po Białe. Zimną wyspę Spitsbergen Ilony Wiśniewskiej spodziewałam się innej książki. Reportażu o zimnie i zimie, ekstremalnej przyrodzie i ekstremalnej samotności. Dostałam nie tyle mniej, co inaczej i zarazem dużo więcej.

large_bia_e_newPierwsze zaskoczenie przyszło wraz z tłumem. Wyspa Spitzbergen w sezonie turystycznym, gdzieś między majem a wrześniem roi się od turystów. Oglądamy ich z autorką w rozmytym, zbiorowym portrecie, właściwie przez pryzmat doświadczeń tych, którzy z turystyki żyją. Czytelnik wprowadzony jest tym samym w przestrzeń dobrze mu znaną, przestrzeń masowych turystycznych atrakcji, której istnienia akurat w tym zakątku świata nie do końca się spodziewał. Na jej tle jednak rysuje się mała wspólnota stałych mieszkańców wyspy i dwutysięcznego Longyearbyen: wieloetniczny konglomerat życiowych rozbitków, poszukujących schronienia imigrantów, ekstremalnych podróżników i tych spośród turystów, którzy raz przyjechawszy, nie mogli przestać wracać. Jak sama mówi w wywiadzie udzielonym Newsweekowi: „Ta mentalność – jeśli istnieje – to przyjmowanie wszystkich ze względnie otwartymi ramionami. Nikt tu na nikogo nie czeka, ale jest miejsce dla każdego, bez względu na to, skąd i kim się jest”.

Idylla? Północna utopia? Niekoniecznie. Reportaż klamrowo spina niepokojąca historia Ukrainki Galiny, która w 1985 roku kelnerując na statku płynącym się przez Morze Arktyczne, niespodziewanie rzuciła się w morskie odmęty, dopływając do Spitzbergen. Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu przeżyła ten skok i kąpiel w lodowatym morzu, ocalała, by chwilę później – mimo możliwości azylu – wrócić do swojego rodzinnego Nikopolu. Dlaczego? Nie do końca wiadomo. Takie nierozwiązane zagadki przewijają się przez całą książkę, wzbogacając ją o pewną aurę tajemnicy. Tajemnicy, która jest jednak częścią północnego stereotypu. Ludzie giną przypadkowo, w starciu z naturą. Na kraj świata prowadzi ich nierzadko głęboki introwertyzm, skrywają swoje traumy i obawy. Konfrontują się z nocą polarną.

Czekałam na pierwszą zimę polarną, ale jednocześnie się jej bałam. Nigdy wcześniej nie żyłam bez słońca i nie wiedziałam, jak to będzie. Co innego słyszeć, że księżyc jest jedynym źródłem światła, a co innego doświadczać tego w środku dnia. Im jest ciemniej, tym bardziej ciało zaczyna się robić ospałe, wolne, nieswoje. Nie chce się jeść, mówić, spać. Na swój sposób robi się wszystko jedno. W ciemności trzeba samemu wyprodukować energię, zmusić się, by było normalnie. Udawać, że nie ma różnicy, czy jest jasno czy ciemno, mimo że to ma znaczenie. Jeśli się jednak zdecydowało spędzić tu zimę, to trzeba przechytrzyć samego siebie.

Drugiej zimy nie pamiętam. Podczas trzeciej wpadłam w psychozę i wydawało mi się, że coś siedzi pod sufitem i się gapi. Czwartej nawet nie zauważyłam. Noc polarna jest jak jeden długi sen, który wyparowuje zaraz po obudzeniu. Zostawia po sobie tylko strzępki obrazów, nieostre powidoki, które nie dają pewności, kiedy to było i czy było naprawdę.

Paradoksalnie jednak nie jest to książka o dojmującej samotności. large_IWJest to tekst o porządkowaniu sobie życia, skupieniu, koncentracji na teraźniejszości. „Czuję się tutaj bezpiecznie, bo jestem z dala od świata, w którym czasem nie wiem, co mam ze sobą począć od nadmiaru bodźców” – deklaruje autorka. W innym miejscu jeden z jej bohaterów mówi: „Nie chcę się spieszyć, bo w Moskwie zawsze byłem w biegu albo w korku i nigdy nie myślałem o tym, co jest teraz, tylko co muszę zrobić potem. A tutaj nie ma żadnego potem”. Koniec świata życiowym rozbitkom i odważnym marzycielom przynosi spokój, którego nie mogli zaznać na miejscu. To w pewnym sensie ironiczne przesłanie dla wszystkich miotających się w potrzebie radykalnych zmian, którzy nie potrafią docenić teraźniejszości – na końcu świata odnajduje się właśnie szacunek dla chwili, która jest.

Ale to nie wszystko. Perspektywa, którą obiera autorka, wiąże się z kolejnym zaskoczeniem, przełamującym stereotyp północnej wyspy. Jest to bowiem przestrzeń na wskroś kobieca, zamieszkana przez zaprzyjaźnione z autorką kobiety z różnych stron świata, z różnymi historiami i temperamentami, które w Longyearbyen znalazły swój dom na chwilę lub na stałe. Żyją po swojemu i współtworzą tym samym kobiecą opowieść o codzienności w ekstremalnych warunkach. Wiśniewska niebezpośrednio konfrontuje ją z narracjami o współczesnych i historycznych myśliwych, jedynych bohaterów, których wyraźnie nie darzy estymą (kapitalne passusy o Tommy’m Sandale, współczesnym myśliwym jako wytworze popkultury). Powstaje tym samym autorski reportaż o końcu świata, a alternatywą wobec opowieści o konfrontacji z naturą jest tu subtelna i wielowątkowa narracja o codzienności, budowaniu swojego życia na nowo, pokorze wobec przyrody i medytacyjnym skupieniu na teraźniejszości.

Jeśli coś mi w tej książce trochę przeszkadza, to fakt, że autorka jest żoną wieloletniego redaktora naczelnego lokalnej gazety. Mimo że sama pracowała w lokalnym muzeum, zajmowała się fotografią, miejscami trudno oprzeć się wrażeniu, że w pewnym sensie w małej lokalnej społeczności zadanie miała ułatwione. Zwłaszcza że mąż pojawia się na kartach tej książki często, jest kopalnią wiedzy o historii wyspy, jego opinie o wieloletnich mieszkańcach wydają się kluczowe dla kształtowania postaci. Pytana przez dziennikarza, czy nie kusiło jej napisanie romantycznej opowieści o wielkiej miłości na końcu świata, odpowiedziała: „Nie kusiło. Białe jest i tak w pewien sposób opowieścią o Birgerze i o mnie”. Ano właśnie.

Tekst otwiera autorskie zdjęcie Ilony Wiśniewskiej noc polarna w Longyearbyen. Zdjęcie autorki i okładki ze strony wydawcy. Wpis pochodzi oryginalnie z lutego 2015, od tego czasu ukazała się następna książka autorki Hen. Na północy Norwegii. Czaję się. Może niebawem.

  • Bibi

    Prawdziwe białe slow. Czytałam, ta pokora wobec świata, przyrody, wariactwo zmysłów, ludzie, wywołują duże wrażenie.

    • http://nawolnymbiegu.pl Marta / na wolnym biegu

      O tak, tak 🙂 Cieszę się, że też lubisz.

      • Bibi

        A wiesz, ja już się zaczaiłam w bibliotece i mam HEN:) Teraz tylko czas mi potrzebny:)

        • http://nawolnymbiegu.pl Marta / na wolnym biegu

          O, może i ja poszukam we własnej. Ale, kurcze, z tym czasem najgorzej… 😉