Basia. Jak tu jej nie lubić?!

Z Basią, serią napisaną przez Zofię Stanecką i zilustrowaną przez Mariannę Oklejak rzecz ma się następująco. Jakoś trudno się z nią rozstać. My czytamy ją z przyjemnością od przynajmniej dwóch lat, dorobiliśmy się kilku zbiorczych tomów z przygodami Basi, choć wciąż mamy jeszcze co czytać i co odkrywać. A nasze książki są atrakcyjne dla dziesięcioletniej samodzielnej czytelniczki, która chętnie je pożycza. Ponieważ jestem „ciocią od książek”, chętnie obdarowując znajome dzieci książkami, sukcesywnie przysparzam Basi nowych czytelników. Moje doświadczenie z tą serią podpowiada,  że intencjonalnie skierowana do dzieci przedszkolnych, może być z powodzeniem książką czytana przez dzieci wczesnoszkolne. Gdybym była nauczycielką rozważyłabym fakt, że niespecjalnie długie opowiadania Staneckiej mogłyby stać się lekturą młodszych uczniów, przy okazji w przystępny sposób, dostarczając wielu pretekstów do rozmów, do poruszania nawet trudnych zagadnień.

Basia, współczesna pięcioletnia dziewczynka chodzi do przedszkola, ma starszego i młodszego brata oraz rodziców, tatę lekarza i pracującą w domu mamę. Ponad dwadzieścia książeczek o Basi przedstawia ją w różnych, bliskich współczesnemu dziecku i rodzicowi sytuacjach: Basię w środowisku przedszkolnym, Basię na wakacjach, Basię przygotowującą się do świąt i narodzin brata, Basię zmagającą się z dziecięcymi słabościami do słodyczy czy telewizji.

Siłą tych tekstów jest ich głęboki i wiarygodny realizm, który na różnych poziomach dotyka dziecko i dorosłego. Dziewczynka, podobnie jak cała jej rodzina, nie jest przeidealizowana, ale połączona autentycznymi więziami i emocjami – jest tu miejsce na gniew, zawód, gorycz czy miłość a sama Basia jest typowym, a jednocześnie zindywidualizowanym dzieckiem (uwielbia ubrania w paski). Jej przygód nie wieńczy wyrazisty morał, lecz wieloaspektowa prezentacja problemu czy zagadnienia. O tym jak Basia próbuje zrozumieć, czym mogą być słodycze Stanecka pisze następująco:

Basia zaczęła rozmyślać o słodyczach. Kiedyś sądziła, że są po prostu pyszne. Potem dowiedziała się, że tuczą i psują się od nich zęby, więc nie można ich jeść codziennie. A dziś okazało się, że niektórzy uważają je za truciznę, a inni, i to dorośli, pocieszają się nimi. Okazało się też, że na słodycze można być uczulonym i można się nimi tak przejeść, że nie ma się ochoty nawet na jednego, maleńkiego lizaczka.

Trudno się oprzeć Basi, nawet dorosłym czytelnikom, którzy w opisanej przez Stanecką rodzinnej konstelacji odnajdują bliskie sobie doświadczenia. Nieidealna, choć wystarczająco dobra mama Basi jest cichą bohaterką tych tekstów: pracuje w domu, bywa zajęta i zdenerwowana, czuje się momentami niezręcznie w towarzystwie zamożniejszej siostry i jej córki, jest przeciążona domowymi obowiązkami, jest sama w sklepie z trójką dzieci, które mają mnóstwo roszczeń lub wyrusza w samotną podróż z dziećmi samochodem, pełną przygód i zwyczajnego matczynego zmęczenia.  Tata dzieci jest obecny w dużo mniejszym stopniu, dużo pracuje, angażuje się również w życie rodziny. Oboje nieidealni wciąż pozostają czujni na dziecięce potrzeby, odpowiadają na nie, znajdują rozwiązania na miarę doświadczanych problemów.

Ze stosunkowo najżywszą, najbardziej przy tym emocjonalną (dorosłą) recepcją spotkał się tom poświęcony powrotowi mamy do pracy, czyli de facto trudnościom w godzeniu obowiązków domowych z wykonywaną na zlecenie pracą autorki podręcznika. Zarówno blogerki, jak i autorki prasowych recenzji porównywały własne doświadczenia macierzyńskie, identyfikując się z szarpaną wątpliwościami mamą Basi. Wśród głosów przeważają zatem emocjonalne konstatacje [Qlturka]:

Taką książkę mogła napisać tylko kobieta pracująca w domu i znająca problem od podszewki. Napisać subtelnie, ale bez owijania w bawełnę; przedstawić rzeczy takimi, jakimi są. No i na koniec pomyślałam, że „Basia i Mama w pracy” to lektura obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy wyprowadzają nas, kobiety pracujące zawodowo w domu, z równowagi, mówiąc ze słodkim uśmiechem: „Ale ci fajnie. Pracujesz w domu, to masz tyle czasu na wszystko”.

choć pojawiają się także syntetyczne próby wytłumaczenia fenomenu Basi [Poza rozkładem]:

Historia „wzięta z życia”, przefiltrowana przez pryzmat opowieści Basi, pomaga zrozumieć tym mniejszym i większym czytelnikom, siebie nawzajem. Nie ma tu natrętnego dydaktyzmu, ani landrynkowej wizji życia bez spięć i problemów. Jest dowcipne spojrzenie na rodzinną codzienność i mocno pozytywny przekaz. Jest i ciepła wizja domu, stworzona lekką kreską Marianny Oklejak. Całość w interesujący i niebanalny, przyjazny dziecku i całkowicie nowoczesny sposób obejmuje koncepcja graficzna Doroty Nowackiej.

I kolejny cytat [Ryms]:

Basia ma sympatyków także wśród dorosłych. A to dlatego że opisywana w książkach o niej rodzina jest bardzo wiarygodna psychologicznie, ale też życiowo. Rodzice Basi wychowują dzieci rozsądnie, nie stawiają nierealistycznych wymagań, są cierpliwi i wyrozumiali wobec dziecięcych ograniczeń, wypadków, stłuczonych kolan. A jednocześnie nie są doskonali (zdarza im się kłócić, obwiniać się i podejmować błędne decyzje), dlatego można się z nimi identyfikować, lubić ich bez poczucia winy i mniejszej wartości, czerpać z tych książek pozytywne wzory. Kiedy przyglądamy się tej rodzinie, doceniamy własne możliwości wychowawcze oraz sposoby na wyjście z trudnych sytuacji.

Zofii Staneckiej i Mariannie Oklejak udało się stworzyć modelowy przykład literatury dwuadresowej, czytelnej dla dziecka i dla rodzica, w której i mały, i duży odbiorca odnajdują własne doświadczenia. Powstaje w ten sposób świat kompletny, choć niejednoznaczny. Nie tylko wykraczający poza schemat literatury dziecięcej, ale też poza schemat literatury dla dziewczynek, bo Basia – na co wskazuje recepcja – jest stosunkowo często czytana również przez mamy chłopców. Ten niejednoznaczny status podkreślają także ilustracje Marianny Oklejak, o których często wspominają dorośli odbiorcy tekstów, chwaląc je za niesztampowość i wiarygodność zarazem, m.in: Basia jako dziewczynka, która nie ubiera się na różowo, włosy na rękach taty czy mama w okularach. Jest tam też mnóstwo drugoplanowych smaczków i żarcików, czytelnych dla dorosłego: tata pracuje na laptopie z logiem gruszki, rodzice czytają m.in. Leśmiana, Tuwima i… markiza de Custine. Cała seria książeczek o Basi jest głęboko zanurzona w polskich realiach klasy średniej, bo Basia ma być z sąsiedztwa: rodzina nie jest specjalnie zamożna, z założenia partnerska (choć to na mamie spoczywa więcej obowiązków), boryka się z  problemami związanymi z opieką nad małymi dziećmi, z wyznaczaniem ich granic i zasad.

Profesor Grzegorz Leszczyński docenił „zwyczajność” Basi i kompletne doskonałe universum jej dziecięcego świata.

Oczywiście, że lubię Basię, bo jest zwyczajną dziewczynką. Zosia Stanecka napisała o codzienności – a to zadanie najtrudniejsze dla pisarza. Nie można, jak w baśni, uciec w tajemniczość albo jakieś niedopowiedzenia, nie można pójść na skróty, bo dziecko jest czytelnikiem szczególnym, bardzo krytycznym: każdy detal musi się zgadzać, każdy opis, każda scena. I Lubię Basię, bo jest jak Dzieci z Bullerbyn: wypełniona po brzegi szczęściem dzieciństwa, takim prawdziwym szczęściem, nie cukierkowym – dzieci mają tu swoje problemy, wątpliwości, dylematy, ale ich świat opromienia uśmiech i dobro, ich życie toczy się pod bezpiecznym niebem.

Trudno jej nie lubić, serio. Szykując się do audycji poświęconej przygotowaniu dziecka do narodzin rodzeństwa, moja pierwsza myśl kieruje się właśnie w stronę Basi. To momentami mocna rzecz, brutalnie szczera, dostarczająca doskonałej szansy na rozmowę z jedynakiem, które wkrótce będzie miało młodszego brata lub siostrę. I choć moja córka na pojawienie się rodzeństwa zareagowała znacznie łagodniej niż bohaterka, która mierzyła się z zazdrością i głębokim poczuciem zawodu, bardzo ceniłam sobie tę lekturę, właśnie za pretekst do autentycznej, nie skrywającej trudnych emocji rozmowy.

Pisząc o serii, nie mogę nie zwrócić uwagi na zaangażowane społecznie tomy przygód małej bohaterki. Basia i kolega z Haiti kryje w sobie bliską mi autorską sugestię, jak rozmawiać z dzieckiem o trudnych tematach. Poniżej tekst w interpretacji Jerzego Stuhra. Można? Można! I jak tu jej nie lubić?

 

http://www.g-s.pl/

 

  • http://www.matkaskaut.pl/ Matka Skaut

    Ja i moja 3-letnia córa też uwielbiamy Basię. A ona jest naprawdę wybredną czytelniczką – w jej sercu miejsce na dłużej zagrzała tylko książka „Kajtek i miś”. O dziwo młodsza 1,5-roczna córka też lubi Basię- namiętnie przegląda w niej obrazki.

    • http://nawolnymbiegu.pl Marta / Pani Poczytalna

      Kajtek i miś! Dzięki, że mi przypomniałaś, muszę spróbować z Synem.
      A Basia tak, Basia ma ogromną moc, wciąż lubimy wracać.