Miłość, emigracja i afro

Zacząć trzeba od tego, że kilka miesięcy przed publikacją książki, Justyna Sobolewska napisała w „Polityce” ten tekst, z którego wynikało, że polski rynek wydawniczy nie nadąża za zagranicznym, m.in. nie publikując jednej z najgłośniejszych powieści ostatnich miesięcy Amerikanah, Chimamandy Ngozi Adichie. Jak się okazało, myliła się, ale niestety tylko częściowo.Sobolewska wspomniała wprawdzie, że wszystkie dotychczasowe książki Chimamandy zostały opublikowane: debiutancki Purple Hibiscus z 2003 roku („Fioletowy Hibiskus”) i zbiór opowiadań The Thing Around Your Neck z 2009 roku („To coś na Twojej szyi”) wydało Zysk i S-ka, a drugą powieść Half of The Yellow Sun („Połówkę żółtego słońca”) z 2006 roku – Sonia Draga. Zauważyła jednak, że całość docenianego za granicą dorobku autorki, roztopiła się w czarnej dziurze.

Cóż, trzeba przyznać, dziennikarka nie myliła się jednak co do rozpoznawalności – Chimamanda Ngozi Adichie do 2014 roku była dużo mniej w Polsce rozpoznawalna niż Zadie Smith, z którą zwykło się ją porównywać. Porównywania mają to do siebie, że ułatwiają odbiorcom poruszanie się w literackim gąszczu nazwisk, nie zawsze są jednak do końca trafne. Adichie skupiona dotąd głównie na sprawach Afryki, najprawdopodobniej pozostawała dla polskich czytelników dość egzotyczna. Inaczej rzecz mogła się mieć z najnowszą, nagrodzoną National Book Critic Awards napisanej z rozmachem Amerikanah, współczesnej historii miłosnej dziejącej się na trzech kontynentach. Niby egzotyka, ale w innym wydaniu.

www.zysk.com.pl
okładka pl. wyd., www.zysk.com.pl

Głównym atutem Amerikanah (pl.wyd.”Amerykaana”) jest właśnie prosta historia, która rozgrywa się w wieloaspektowym świecie. Daje to powieści ogromny potencjał, bowiem ten splot prostoty i wielowarstwowości powinien obronić się zarówno w lekturze mniej wyrobionego czytelnika, jak i prawdziwego konesera. Ifemelu, Nigeryjka z pochodzenia, po latach mieszkania w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii postanawia wrócić do rodzinnego kraju. Decyzja ta wydaje się przeczyć zdrowemu rozsądkowi: bohaterka wyedukowała się solennie, nawiązywała romanse i tworzyła wieloletnie związki z kochającymi ją mężczyznami i – co chyba najważniejsze – zyskała sławę jako autorka poczytnego bloga. Co ją zatem pcha w rodzinne strony?

Miłość oczywiście. Ifemelu podejmuje nie do końca – jakby się zdawało – racjonalną decyzję o powrocie i zbliżeniu do swojego dawnego chłopaka Obinze, obecnie już żonatego, majętnego człowieka. Nie zamierzam zdradzać szczegółów tej historii, ja w ogóle nie o tym, chciałam tylko zwrócić uwagę jak zręcznie poprowadzona narracja, towarzysząca dużo częściej jej niż jemu, oświetla tę relację: pokazuje nie tylko odmienne, choć jednak splecione ze sobą życiorysy, nie tylko różne style emigracji poza rodzinną Nigerię, ale przede wszystkim silną więź łączącą obydwoje bohaterów. Główny wątek miłosny nie przestaje być na swój sposób banalny, ale jest w nim tyle niuansów i emocjonalnych odcieni, że broni się i staje się po prostu wciągającą historią od której trudno się oderwać.

Miłość to jednak nie wszystko, bo Adichie tworzy panoramiczną, wieloaspektową rzeczywistość, w której wrażliwość bohaterki/blogerki jest nieustannie konfrontowana z obcym jej zachodnim światem. Rasizm, którego objawy skwapliwie odnotowuje na swoim blogu, to jedna rzecz, druga i miejscami bardziej dojmująca jest pułapka stereotypów o Afryce, w którą notorycznie wpadają jej zachodni rozmówcy. To jest owo słynne danger of single story, o którym Chimamanda mówiła w jednym ze swoich słynnych TEDowych przemówień. Bohaterka nie jest biedną dziewczyną z Afryki, należy w swoim kraju do elity, zdobywa wykształcenie, nie narzeka na brak finansów i równie dobrze sytuowani są jej najbliżsi przyjaciele, których rodzice są profesorami akademickimi lub piastują funkcje publiczne. Cóż z tego, gdyż w zachodnim świecie jej kolor skóry spycha ją do getta Afroamerykanów, z którymi nie zawsze łatwo przychodzi znalezienie wspólnego języka. W tym sensie powieść Adichie staje się historią o soli życia na emigracji, o niedopasowaniu w pozornie tolerancyjnym morzu różnorodności. Bohaterowie na emigracji doświadczani są przez los na różne sposoby. Trzeba przyznać, że Ifemelu po początkowych trudnościach wiedzie się nader dobrze, co jaskrawie wyróżnia ją na tle drugoplanowych postaci. Jedną z bardziej poruszających jest ciotka, którą życiowe koleje prowadzą od elitarnego życia kochanki generała w Nigerii po ciężką pracę, trudy samotnego macierzyństwa i związki z przypadkowymi mężczyznami w Stanach.

Tak jak Ifemelu nie jest sterotypową Afrykanką, tak Chimamanda Ngozi Adichie nie daje się zamknąć ani w getcie literatury afrykańskiej, ani w szufladce z literaturą kobiecą. Bez kompleksów mówi o problemach współczesności unikalnym głosem kobiety, mieszkanki Afryki i obywatelki świata, która dopiero w zachodniej kulturze odkrywa, że jej kolor skóry niesie ze sobą stygmatyzację. W książce odnajdujemy refleksy minionego 15-lecia: konsekwencje zamachów na World Trade Center, entuzjazm z wyboru Baracka Obamy na prezydenta USA. Ale również – absolutnie niewymuszony feminizm (bohaterka o nic tu specjalnego nie walczy, ale ma poczucie własnej wartości, a relacje z mężczyznami, w które wchodzi są partnerskie, silnie przesiąknięte równościowym duchem). Ponadto – obszerne fragmenty na temat pielęgnacji włosów afro, które są niejako manifestem odrębności, upominaniem się o perspektywę czarnych kobiet. Oczywiście to nie Adichie pierwsza dostrzega ten problem, ta dyskusja toczy się od lat, niemniej na tyle przekonująco czyni go elementem powieściowego świata, że nie można mieć o to do niej żalu. Tym samym jej obszerna, panoramiczna powieść staje się i uniwersalna, i unikalna, a z każdej z tych etykietek, które można by jej przypisać, autorka czyni zaletę, dumnie je prezentując.

Czy po Amerykaanie Chimamanda Ngozi Adichie ma w Polsce szansę na szerokie grono czytelników? Wydaje się, że powieść usatysfakcjonuje czytelnika, który szuka dobrej historii i tego, który szuka ważnego głosu o współczesności. I choć grzechy polskiego wydania można niestety wymieniać: niezbyt ładna okładka, nie do końca dobra redakcja tekstu, nie wydaje się również by tekst doczekał się wielu recenzji, to jednak w internecie żyje swoim życiem. Pozostaje więc wierzyć w siłę poczty pantoflowej i powtarzać za Sobolewską pytanie: A Ty? Czytałeś/aś już Amerykaanę? I poczekać aż Lupita Nyong’o wraz z Bradem Pittem zabiorą się za ekranizację…

 Zdjęcie Chimamandy znalezione tu.