Alicja i work-life balance? Co zobaczyłam po drugiej stronie lustr

U progu dziewiątego miesiąca ciąży spędziłam dwa bardzo intensywne dni na konferencji naukowej poświęconej Alicji w Krainie Czarów. Wysłuchałam szeregu ciekawych wystąpień tłumaczy, literaturoznawców, ekspertów od Alicji i literatury dziecięcej w ogóle, pedagogów i kulturoznawców. Z lekką zadyszką wygłosiłam swój własny. W obydwa dni, w samym środku interesującej rozmowy, ok godz. 15 wsiadałam w tramwaj i gnałam, o ile to w ogóle w moim stanie możliwe, do dziecka i resztę popołudnia spędzałam na placach zabaw, gdzie w ciepłym, kwietniowym słońcu życie toczyło się wokół huśtawek i drabinek. Zabierałam córkę na lody, po czym wracałam z ubrudzoną niemożebnie, szczęśliwą małą do domu, gdzie wysypywałyśmy z butów tony piasku, a ja musiałam dziecko niemal odszorowywać szczotką.

Wieczorami sprzątałam mieszkanie, które nie wiedzieć czemu wyglądało jak po przejściu tajfunu, prałam, przygotowywałam pospieszne obiady w typie coś z niczego. I kiedy wydawało mi się, że wszystko ogarniam, dziś rano musiałam donosić córce do przedszkola przebranie na bal, o którym kompletnie zapomniałam… Hmm…

Mimo intensywności, która momentami wykraczała ponad moje siły i którą odczuwałam zwłaszcza wieczorami, czułam wdzięczność i satysfakcję. Na kilku poziomach. Bo – po pierwsze – miło było słuchać i uczestniczyć w rozmowie dotyczącej literatury dziecięcej, która bardzo mnie od lat zajmuje, a tak się złożyło, że nigdy nie była przedmiotem moich naukowych badań. Odkrywanie w sobie pasji na nowo jest przesatysfakcjonującym doświadczeniem. Bo – po drugie – przy tych drabinkach rozmawiałam z tatą przedszkolnego kolegi mojej córki, którego żona spodziewa się dziecka w tym samym momencie co ja, ale musi już leżeć i odpoczywać, bo mały zanadto, trochę jeszcze przedwcześnie wyrywa się na świat. W mojej wdzięczności była też ulga, że mimo różnych ciążowych turbulencji, z którymi borykałam się po drodze, mogę sobie jeszcze pozwolić na taką intensywność.

Nie narzekam ostatnio na brak poczucia wdzięczności i radości z tego, co jest. Natomiast z racji na mój stan satysfakcje okołozawodowe czy okołonaukowe są dla mnie raczej wyjątkowe. Coś za coś. Przypomniałam sobie siebie w zaawansowanej ciąży z córką, jak mądrowałam się trochę na temat szybkiego powrotu do pracy, który wydawał mi się wówczas oczywisty. Pamiętam, że znajomy przygotowywał wówczas warsztat dla kobiet wracających na rynek pracy i pracował z kobietami po sześcioletniej przerwie, co mnie strasznie dziwiło i oburzało. Taak. Młoda byłam i głupia. Nie miałam aż takiej przerwy w pracy i po macierzyńskim dogadywałam się z pracodawcą, trochę pracując zdalnie, później już w biurze, ale tak… po drugiej stronie lustra jestem dla wyborów życiowych kobiet zdecydowanie życzliwsza.

Czy to się w ogóle da połączyć: pracę zawodową i opiekę nad małym dzieckiem? Da się, pewnie, ale pod kilkoma warunkami. Przy wsparciu, o które wcale wbrew pozorom nie zawsze jest tak łatwo. I przy odpowiednio wyważonych proporcjach dobrej organizacji i… odpuszczania, co momentami jest sztuką nad sztukami. Pisała o tym ostatnio w cennym i kojącym tekście [klik] Pani swojego czasu. To poza wszystkim też niekończąca lekcja kompromisów i dopasowywania się do nieustannie zmieniającej się jak w kalejdoskopie sytuacji, bo inaczej sprawuje się opiekę nad niemowlakiem, inaczej nad ruchliwym roczniakiem czy dwulatkiem, inaczej nad przedszkolakiem. Następne doświadczenia jeszcze przede mną, ale cóż, nieprzypadkowo mówią, że problemy rosną wraz z dzieckiem.

Rozglądamy się w tych szpagatach pomiędzy domem a pracą na boki, jak sobie radzą inne mamy. Często wydaje się, że jakoś lepiej, choć prawda jest taka, że nie znamy wszystkich wektorów. Etatowe, wracając z pracy z językiem na brodzie, zazdroszczą nieetatowym, nieetatowe nie mogą znaleźć czasu na pracę, którą powinny wykonać z dzieckiem przy sobie, niepracujące tęsknią za pracą, ale po przerwie nie zawsze potrafią ją znaleźć. Te stany, dobrze mi znane, które lada moment zacznę ćwiczyć na nowo w nowej rodzinnej konfiguracji, kosztują nierzadko dużo niepokojów i frustracji, zwykłego ludzkiego zmęczenia i przekonania, że chciało się jakoś inaczej.

Work-life balance z ukosa? Moje trzy grosze. Przy okazji tej dwudniowej zaledwie gimnastyki, ale też i moich wcześniejszych doświadczeń w pracy zawodowej czy w ogóle łapaniu wielu srok za ogon [klik] myślałam o work-life balance, czyli równowadze pomiędzy życiem zawodowym a osobistym. Bardzo mnie zainspirowały ostatnio dość krytyczne głosy blogerek Agaty [klik] i Wiolety [klik]. Choć pojęcie jest bez wątpienia modne, a źródłem tej mody są fundusze unijne, wydaje mi się jednak do pewnego stopnia cenne i nie skreślałabym go do końca. Bo jest to forma nacisku na pracodawców, którzy są w tej komfortowej sytuacji, że najczęściej niespecjalnie muszą się przejmować swoimi pracownikami. Z perspektywy mam z małymi dziećmi wygląda to tak, że wpada się do przegródki z hasłem „mama” i nie najłatwiej się z niej wydostać. Myślę o work-life balance często. Myślę o nim, gdy słyszę, jak młode mamy pracują ponad miarę, żeby udowodnić, że wszystko jest bez zmian, choć przecież nie jest. Lub z drugiej strony – gdy nie dostaje się podwyżki lub ambitniejszych zdań „bo pani ma dziecko”, a młoda mama w pracy też lubi mieć poczucie sprawczości. I o tym, że rzecz przecież dotyczy także ojców. O ich nieprzewidzianych i niepłatnych nadgodzinach i pracujących weekendach.

Najbardziej o work-life balance myślę jednak wtedy, gdy okazuje się, że w sumie można dogadać się z pracodawcą i pracować mniej, pracować zdalnie w niektórych momentach etc. Że ten z trudem wypracowywany kompromis, z rzadka bo z rzadka, ale bywa respektowany. I choć zgadzam się, że stan równowagi jest najczęściej chwilowy, to jednak wart jest starań. Te starania jednak – i tu się z przedmówczyniami zgadzam – warto  zacząć poza pracą. Koniec końców – godzenie obowiązków zawodowych i życia domowego to nauka ustawiania priorytetów, odpuszczania spraw mniej istotnych, wybaczania sobie potknięć i intensywnych radości z małych sukcesów. I w sumie najgorszy jest fakt, że dzień po dniu trzeba się tego uczyć na nowo.

  • maga

    Pracę i opiekę nad dzieckiem da się pogodzić i nie jest to nawet jakiś wielki problem. Ale, moim zdaniem, nie da się pogodzić kariery, ale takiej prawdziwej, z opieką nad dzieckiem. Coś musi ucierpieć, nie ma bata.

  • http://witrynkazksiazkami.wordpress.com pani poczytalna

    Bardzo dużo w tym racji.